Nie posłał mnie
bowiem Chrystus, abym chrzcił, lecz abym zwiastował dobrą nowinę, i to nie w
mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy
1 Koryntian 1:17
Wyobraźmy sobie, że
zajęcia w grupie dla anonimowych alkoholików prowadzi ktoś, kto przychodzi na
te zajęcia pijany. Człowiek, który ma pomagać innym uwolnić się od nałogu picia
alkoholu, sam jest jego niewolnikiem. Czy taki ktoś może pomóc tym, którzy chcą
przestać pić? Inna sytuacja. Grupa narkomanów, którzy chcą się uwolnić od
narkotyków. Próbuje im pomóc ktoś, kto sam jest narkomanem i prowadzi zajęcia
będąc pod wpływem narkotyków. Jaki będzie skutek działania tych dwóch ludzi,
próbujących pomóc innym?
A teraz wyobraźmy sobie,
że zajęcia z grupą alkoholików prowadzi ktoś, kto sam mówi o sobie, że był
alkoholikiem, ale ktoś pomógł mu uwolnić się od tego uzależnienia i teraz nie
tylko nie pije, ale co ważniejsze, nie ma ochoty na alkohol. Wyobraźmy też
sobie, że zajęcia z grupą narkomanów prowadzi ktoś, kto sam o sobie mówi, że
był narkomanem, ale ktoś pomógł mu uwolnić się od tego nałogu i teraz nie tylko
nie bierze narkotyków, ale co ważniejsze nie chce ich brać i czuje obrzydzenie
do tego, co kiedyś tak bardzo lubił.
Kto może skutecznie
pomagać tym, którzy szukają pomocy, ten kto ma teoretyczną wiedzę, ale sam nie
potrafi wykorzystać tej wiedzy, czy też ten, kto ma nie tylko wiedzę, ale
przede wszystkim własne doświadczenie z przezwyciężenia nałogu? Czy przykład
takiego człowieka nie jest najlepszym dowodem na to, że można wygrać z nałogiem?
Narkomania czy alkoholizm
to tylko dwie z licznych poważnych chorób ludzkości. Każdego dnia wielu ludzi
umiera z powodu przedawkowania lub doprowadzenia własnego organizmu do stanu
całkowitego zniszczenia. Jednak jest taka choroba, która jest najgroźniejsza ze
wszystkich znanych nam chorób. Tą chorobą jest grzech.
To z powodu grzechu wielu
ludzi umrze wieczną śmiercią, „albowiem szeroka jest brama i przestronna
droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią
wchodzą, a ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i
niewielu jest tych, którzy ją znajdują” (Mateusz 7:13-14). Jak wielu jest
na tym świecie narkomanów lub alkoholików? A jak wielu jest tych, którzy
cierpią na poważne choroby? Są na świecie ludzie, którzy nie mają takich
problemów, jednak wszyscy jesteśmy grzesznikami, to znaczy, że wszyscy
chorujemy na grzech. „Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by
rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się
nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego”
(Rzymian 3:10-12). „Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy,
i prawdy w nas nie ma” (1 Jana 1:8). Każdy z nas potrzebuje pomocy, sami
nie jesteśmy w stanie wyleczyć się, nie posiadamy skutecznego lekarstwa na tę
najgroźniejszą chorobę ludzkości. Jednak takie lekarstwo istnieje, a jest nim
ewangelia.
Czym jest ewangelia? To
dobra nowina, która jest objawieniem nadziei i szansy dla każdego; to moc Boża,
która przywraca do prawdziwego życia. Apostoł Paweł napisał: „nie wstydzę
się Ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu każdego, kto
wierzy” (Rzymian 1:16). To ewangelia Chrystusowa jest lekarstwem na grzech.
Ewangelia to „mowa o krzyżu”, która jest „głupstwem dla tych, którzy
giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1
Koryntian 1:18). Zadaniem uczniów Jezusa było (i nadal jest) głoszenie
ewangelii, jednak okazuje się, że nie wszyscy z tych, którzy usłyszeli ewangelię,
doświadczają jej mocy.
Są dwa powody nieskuteczności ewangelii, pierwszy to słuchacz,
drugi to głosiciel. Ten kto słucha musi choćby w niewielkim stopniu
zainteresować się ewangelią i zapragnąć jej działania w jego życiu. Moc Boża
nie może działać w kimś, kto tego nie chce i świadomie odrzuca ewangelię. Może
też być tak, że z jakiegoś powodu ewangelia głoszona jest w niewłaściwy sposób,
wtedy problemem jest ten, który ją głosi. Czy można mówić prawdę w niewłaściwy
sposób? „A gdy Jezus dokończył tych słów, zdumiewały się tłumy nad nauką
jego. Albowiem uczył je jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie”
(Mateusza 7:28-29). „Wtedy Jezus przemówił do ludu i do uczniów swoich tymi
słowy: Na mównicy Mojżeszowej zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Wszystko
więc, cokolwiek by wam powiedzieli, czyńcie i zachowujcie, ale według uczynków
ich nie postępujcie; mówią bowiem, ale nie czynią” (Mateusza 23:1-3). Była
wyraźna różnica między Jezusem a faryzeuszami i uczonymi w Piśmie. W tym co
mówił Jezus ludzie czuli moc Bożą, a życie Jezusa było potwierdzeniem Jego
słów. Żydowscy nauczyciele głosili biblijne prawdy, ale ich słowa nie poruszały
ludzkich serc, a ponadto ich życie było często zaprzeczeniem tych prawd, które
głosili. Byli jak narkomani, którzy pod wpływem narkotyków próbują przekonać
innych do rzucenia nałogu. Byli jak pijani, którzy próbują przekonać innych do abstynencji.
Apostoł Paweł ostrzegł
Koryntian, że są takie sytuacje, gdy ewangelia traci swoją moc. „Nie posłał
mnie bowiem Chrystus, abym chrzcił, lecz abym zwiastował dobrą nowinę, i to nie
w mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy”. Paweł podał tu
warunki, które muszą być spełnione, aby „krzyż Chrystusowy nie utracił mocy”.
Pierwszym warunkiem jest
to, aby ewangelista był posłany przez Chrystusa, a drugim jest głoszenie bez
używania „mądrości mowy”.
Paweł doskonale znał
skutki samodzielnie podjętej decyzji o głoszeniu ewangelii. Robił to jako Saul
i wiedział, że jego słowa albo nie robiły na ludziach wrażenia, albo wzbudzały
w nich tylko strach, wywołany władzą jaką posiadał. I chociaż był pełen zapału,
to jednak Bóg nie posłał go do tej pracy. To, że Jezus nakazał swoim uczniom
głoszenie ewangelii, nie oznacza wcale, że każdy, kto to robi, wykonuje Jego
wolę. Jezus najpierw wybrał uczniów, potem ich przygotował, a w końcu posłał
ich do pracy. Jak mogę się upewnić, że jestem uczniem Jezusa, że Jezus przygotował
mnie do pracy i w końcu jak mogę się przekonać, że Jezus chce abym tę pracę
rozpoczął?
Jezus przez trzy i pół
roku szkolił wybranych przez siebie uczniów. Wielu ludzi chodziło za Jezusem,
ale uczniami byli tylko ci, którzy odpowiedzieli na wezwanie „Pójdź za mną”. W
trakcie szkolenia Jezus wysyłał uczniów do samodzielnej pracy, ale nie dlatego,
że byli gotowi do głoszenia ewangelii. Była to część szkolenia. Czas nauki nie
był potrzebny do tego, aby uczniowie zdobyli określona wiedzę, ale do tego, aby
przestali polegać na sobie i w pełni poddali się działaniu Ducha Świętego. To
szkolenie zakończyło się dziesięciodniowym egzaminem w pokoju na górze, zakończonym
wylaniem Ducha Świętego. Od tej pory uczniowie nie myśleli już o sobie, stali się
pokorni, byli napełnieni miłością i otwarci na działanie Ducha Świętego. Nie
stali się doskonali, nadal zdarzało im się popełniać błędy, jednak w ich
sercach nie było już miejsca na słowo JA, ponieważ były one napełnione
pragnieniem życia w Chrystusie.
Moc krzyża usunęła z ich
serc wszystko, co było niepotrzebne, całe przywiązanie do światowych wartości.
Uczniowie przestali być nimi zainteresowani. Paweł napisał o sobie: „Nauczyłem
się przestawać na tym, co mam. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości;
wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód
cierpieć, obfitować i znosić niedostatek. Wszystko mogę w tym, który mnie
wzmacnia, w Chrystusie” (Filipian 4:11-13). Paweł nadal musiał jeść, pić, odpoczywać
i spać, potrzebował ubrania i obuwia, jednak nie przywiązywał dużej wagi do
tych rzeczy. Gdy był głodny to jadł to, co miał, a gdy nie miał, to chodził
głodny, nie skupiał się na swoich potrzebach, ale na tym, aby być jak najbliżej
Chrystusa. Tak samo czuli i myśleli ci, którzy stali się uczniami Jezusa.
Jak mogę się przekonać,
że stałem się uczniem Jezusa? Czy świadczy o tym posiadana przeze mnie wiedza?
Na pewno nie, wiedza jest ważna, ale posiadanie wiedzy nie czyni ze mnie
ucznia. O moim uczniostwie świadczą moje priorytety, to co jest dla mnie ważne,
o czym lubię myśleć, rozmawiać i czytać; to czym się kieruję podczas
podejmowania decyzji, szczególnie w takich sytuacjach, kiedy wybór polega na
okazaniu posłuszeństwa lub nieposłuszeństwa Bogu. Gdy posłuszeństwo Bogu jest
naprawdę gorącą potrzebą mojego serca, to nie szukam pretekstów i wymówek, aby
nie zrobić tego, o czym wiem, że powinienem zrobić. Sama myśl o tym, że mógłbym
czegoś nie zrobić dla Jezusa, jest wtedy dla mnie wstrętna i obrzydliwa. Czy
tak jest?
Czy uczniem Jezusa jest
ktoś, kto pielęgnuje w swoim sercu przywiązanie do jakiejś złej rzeczy, nawet
jeżeli wydaje mu się ona mała i nieistotna? Czy uczeń Jezusa objawia w swoim
życiu takie cechy jak zazdrość, gniew, chęć zemsty, duma i pycha? Jan, Jakub i
Piotr chodzili z Jezusem i zostali wybrani na apostołów, a jednak wciąż
objawiali negatywne cechy charakteru, wciąż sprawy tego świata były dla nich
ważne. Musiało się to zmienić, aby naprawdę mogli zostać uczniami. I zmiana ta
nastąpiła w pokoju na górze, a gdy już nastąpiła, to ci, którzy przez nią
przeszli stali się prawdziwymi uczniami Jezusa. Duch Święty mógł przejąć nad
nimi kontrolę, ponieważ ich pragnieniem stało się całkowite posłuszeństwo Bogu.
Od tej pory zaczęli z mocą głosić ewangelię.
Czego powinniśmy się nauczyć,
gdy patrzymy na pierwszych uczniów Jezusa? Może tego, że przygotowanie do
głoszenia ewangelii nie polega na zdobywaniu wiedzy i gromadzeniu w głowie
argumentów potwierdzających słuszność naszych doktryn i zasad wiary, ale na poznaniu
i pokochaniu Boga tak, aby mógł On oczyścić nasze serca i charaktery, i w ten
sposób uczynić z nas ewangelistów. W taki sposób pokochał Jezusa człowiek,
który był opętany przez legion demonów. Nie posiadał on wiedzy o Jezusie, nie
słuchał jego kazań i nauk, ale poznał Jego miłość i pragnienie uwalniania
grzeszników z niewoli grzechu. To uczyniło z niego ewangelistę, i kiedy Jezus
powiedział mu: „Idź do domu swego, do swoich, i oznajmij im, jak wielkie
rzeczy Pan ci uczynił i jak się nad tobą zmiłował” (Marka 5:19), po prostu
poszedł i zrobił to. Jego pragnieniem było zrobić wszystko, o co poprosi go
ten, który objawił mu swoją miłość i moc. I chociaż według ludzkich kryteriów
nie został przygotowany do tej pracy, ponieważ nie wiedział nic o doktrynach wiary
i nie znał interpretacji biblijnych proroctw o czasach końca, to na skutek
wykonanej przez niego pracy, gdy Jezus i jego uczniowie ponownie „przyszli
do ziemi Genezaret”, ludzie rozpoznali ich i „rozbiegli się po całej tej
krainie, i poczęli na łożach znosić chorych tam, gdzie, jak słyszeli, przebywał”
(Marka 6:53-55).
Ten człowiek nie nawet próbował
znaleźć jakiegoś pretekstu, aby nie wykonać prośby Jezusa. Nie myślał o tym, że
przecież podążanie za Jezusem razem z jego uczniami jest czymś ważniejszym. Nie
uznał, że lepiej będzie dla niego, jeżeli pozna to, czego naucza jego
wybawiciel. On po prostu poszedł głosić to, o czym powiedział mu Jezus. I
właśnie ta gotowość do wykonywania poleceń Boga, a nie chęć realizacji własnych
pomysłów jest tym, co odróżnia prawdziwych uczniów od tych, którzy jedynie
uważają się za naśladowców Jezusa. Prawdziwy uczeń nie tylko dobrze zna głos
swojego nauczyciela, nie tylko rozmawia z nim każdego dnia, ale dobrze rozumie to,
co Bóg do niego mówi i chce wykonywać Jego polecenia. Prawdziwy uczeń nie
układa samodzielnie planów działania i nie podejmuje samodzielnie decyzji, ale
czeka na to, co powie mu Bóg. Tak żył apostoł Paweł. Kiedy razem z Tymoteuszem
chcieli głosić ewangelię we Frygii i Galacji, „Duch Święty przeszkodził w
głoszeniu Słowa Bożego w Azji” (Dzieje Apostolskie 16:6), aby doprowadzić
Pawła do Macedonii, ponieważ tego chciał Bóg. Podczas pierwszego synodu w
kościele apostolskim, który odbył się w Jerozolimie, apostołowie musieli podjąć
decyzję o zasadach przestrzegania wśród chrześcijan prawa Mojżeszowego. Jednak
nie podjęli tej decyzji samodzielnie. „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i
my, by nie nakładać na was żadnego innego ciężaru oprócz następujących rzeczy
niezbędnych (…)” (Dzieje Apostolskie 15:28). Nawet Jezus nie planował tego,
co będzie robił, ale każdego dnia otrzymywał polecenia od Ojca. „We
wszystkim, co robił, Chrystus współpracował z Ojcem. Zawsze starał się uczynić
oczywistym fakt, że nie działał niezależnie” (EGW, PW 428.3). „Każdy akt
życia Chrystusa na ziemi był wypełnieniem planu, który istniał od wieczności.
Zanim Jezus przyszedł na ziemię, plan ten, doskonały we wszystkich szczegółach,
był Mu przedstawiony. Lecz podczas Jego wędrówki wśród ludzi prowadziła Go,
krok za krokiem, wola Ojca” (EGW, ŻJ 98.2).
Ten, którego Jezus
uwolnił od legionu demonów, otworzył swoje serce i poddał się działaniu Ducha
Świętego. Jego życie zmieniło się, a najważniejsza zmiana nastąpiła w jego
wnętrzu. On nie tylko zaczął żyć inaczej, ale przede wszystkim pragnął żyć
inaczej. Poznał Jezusa, odczuł działanie Jego miłości i to spowodowało, że obok
miłości i wdzięczności do swojego Zbawcy, czuł potrzebę dzielenia się z innymi
tym, co wiedział o Jezusie. Opowiadając o tym, co się z nim stało i jak
zmieniło się jego życie, objawiał miłość Boga i głosił dobrą nowinę dla
grzeszników. Opowiadał o tym, że każdy człowiek może zostać uwolniony z niewoli
grzechu, tak jak on został uwolniony. I chociaż opowiadał o tym, co go
spotkało, to w tym, co robił był kierowany przez Ducha Świętego. Otrzymał
Ducha, o którym apostoł Paweł powiedział: „A myśmy otrzymali nie ducha
świata, lecz Ducha, który jest z Boga, abyśmy wiedzieli, czym nas Bóg łaskawie
obdarzył”. Nie głosił ewangelii „w uczonych słowach ludzkiej mądrości,
lecz w słowach, których naucza Duch” (1 Koryntian 2:12-13).
Uważamy się za uczniów
Jezusa i chcemy mówić o Nim ludziom, którzy Go jeszcze nie poznali. Chcemy
głosić ewangelię, ale w jaki sposób to robimy? Czy przekazujemy ludziom prawdę
w postaci zasad i doktryn, które potrafimy uzasadnić przy pomocy Biblii, czy
też raczej opowiadamy o Bogu, który stał się dla nas kimś bliskim i ważnym, ponieważ
zmienił nasze życie, usuwając z nas przywiązanie do tego, co złe. Czy
opowiadamy ludziom o tym, w co powinni wierzyć, czy też o tym, dlaczego my uwierzyliśmy
i pokochaliśmy Boga? Jeżeli głosimy dobrą nowinę w „mądrości mowy”, to
tym samym pozbawiamy mocy krzyż Chrystusa. Ale gdy robimy to kierowani przez Ducha
Świętego i objawiamy działanie mocy Bożej przedstawiając ludziom własne
doświadczenia, to odczują oni działanie tej mocy i jeżeli poddadzą się jej
działaniu, to ich życie także się zmieni.
Czy jestem przykładem tego jak działa moc krzyża i chcę o tym opowiadać ludziom, aby objawiać im miłość Boga do upadłej i grzesznej ludzkości?
Czy jestem przykładem tego jak działa moc krzyża i chcę o tym opowiadać ludziom, aby objawiać im miłość Boga do upadłej i grzesznej ludzkości?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz