“Każdy człowiek podaje
najpierw dobre wino, a gdy sobie podpiją, wtedy gorsze; a tyś dobre wino
zachował aż do tej chwili” (Jana 2:10)
Jak wielu z nas było
zachwyconych, gdy pierwszy raz naprawdę poczuło Bożą obecność w swoim życiu? Jak
długo trwał ten stan? Czy dzisiaj nadal czujemy ten sam słodki smak kontaktu z
Bogiem? A może coś się zmieniło i dzisiaj ten smak nie robi już na nas takiego
wrażenia?
Czy jest możliwe, że tak
naprawdę nigdy nie poczuliśmy prawdziwego smaku tego, co ofiaruje nam Bóg?
Poczuliśmy coś, co było inne niż to, co znaliśmy wcześniej, jednak ta różnica
po pewnym czasie przestała być taka duża.
W swojej książce „Asfaltowy
saloon” Waldemat Łysiak opisał pewną ciekawą sytuację. Ta książka to relacja z jego
podróży po Stanach Zjednoczonych, odbytej w towarzystwie przyjaciela. Pewnego
dnia dojechali do Yumy, która według oficjalnych danych jest amerykańskim biegunem
ciepła, temperatura mierzona w cieniu rzadko schodzi tam latem poniżej 120
stopni Fahrenheita (49 stopni Celsjusza). Tego dnia temperatura nie spadła
poniżej tej granicy. Yuma znana jest przede wszystkim z „najstraszliwszej,
otoczonej ponurą legendą tiurmy Old Westu, której formalna nazwa brzmiała:
Okręgowe Więzienie Arizony, zaś nieoficjalna: „Hell Hole”, co można tłumaczyć
różnie („Dziura Piekła”, „Czarcia Jama”, „Diabelska Nora”), ale czego sens jest
jednoznaczny (…) Przywiezienie tutaj skazańca oznaczało wsadzenie go do piekła
w piekle. Właśnie to czujemy w tym małym miasteczku, które jest jakby
opustoszałe, niczym latynoska prowincja podczas sjesty. Rozprażone wnętrze huty
w letargu, słońce zeszło na ziemię, żeby ją przetopić na meksykański podpłomyk,
wiatr umarł z braku tlenu, a niskie domy dają małe cienie. Zdycham. W tym stanie
nie dojdę do więzienia, a do wnętrza nawet się nie wczołgam. Gorąca nie da się
rąbnąć w brzuch... Podjeżdżamy pod supermarket. Jest klimatyzowany! Boże, co za
cudowny chłód, jaka ulga! A teraz pić, pić, pić!!! Tylko co? W kraju, w którym
woda mineralna jest mało popularna i w którym pije się sto napojów
orzeźwiających, z czego najpopularniejsze: coke (coca-cola), pepsi, sprite, dr
Pepper, 7up i fanta - wybór jest trudny. Nie kosztowaliśmy jeszcze fioletowej
fanty, wynalezionej w roku 1940 w Niemczech, gdy skończył się tam zapas
coca-coli. Jest w wielkiej lodówce, zimna jak lód, małe kropelki srebrzą się
kusząco na plastikowych pojemnikach. Weźmiemy największy, pełny galon (ponad
4,5 litra), i tak będzie mało, wypiłbym Pacyfik tego fioletu! Zabieramy bańkę
do wozu, zdejmujemy wielkie czerwone kubki z termosów, napełniamy je i do
gardła!... Cudooo! Zimny, lekko słodkawy smaczek. Do licha, po cośmy, Polacy,
kupili licencję na coca-colę, jeśli można było wziąć fantę? Drugi kubek.
Wspaniałe, coca-cola to przy tym nędza, może tylko trochę za słodkie. Trzeci
kubek. Tak, wyraźnie mdłe, ale niezłe... Czwarty kubek. Ile już wypiliśmy,
dopiero jedną trzecią?... Piąty kubek. Więcej nie dam rady” (AS s.139-140).
Ta scena doskonale
przedstawia problem, o którym mówię. Kiedy zaczynamy sobie zdawać sprawę z
naszego kiepskiego stanu, ale jednocześnie czujemy w nas działanie Boga, to
ogarnia nas wspaniałe uczucie radości i szczęścia. Jednak zazwyczaj po pewnym
czasie to uczucie znika, nie jest już takie wyraźne, zaczynamy myśleć i czuć
inaczej. Wygląda to tak, jakby nasz zapał wypalił się. Dlaczego? Czy smak tego,
co pochodzi od Boga zmienił się na gorszy? Czy Bóg oferuje nam coś, co wcale
nie jest lepsze od wszystkiego, co nie pochodzi od Niego? Nie, ten smak nie
zmienia się, ale zmienia się nasze nastawienie. Po pierwszym zachwycie, po tym
krótkim czasie, gdy byliśmy gotowi zostawić wszystko dla Boga, do głosu
ponownie zaczęła dochodzić nasza grzeszna natura i przywiązanie do tego, co
złe. Chcielibyśmy przez cały czas czuć ten sam smak, ten smak pierwszego kubka
zimnej fanty, jednak zaczynamy sobie coraz lepiej przypominać inne smaki, a
nasza grzeszna natura nie chce z nich zrezygnować. Nasz rozum zaakceptował fakt,
że dobre jest tylko to, co pochodzi od Boga, ale grzeszna natura nie chce się z
tym zgodzić. Dlaczego mam pić tylko fantę? Co złego jest w innych napojach? Jak
wiele tego typu pytań pojawia się w naszych umysłach, kiedy zaczyna do nas
docierać prawda o grzechu? Chcemy, aby to pierwsze wrażenie trwało jak
najdłużej, aby ten boski napój smakował wciąż tak samo, ale bardzo szybko
przekonujemy się, że jest to niemożliwe bez poważnych zmian. Jak reagujemy na
przykład na to, co napisał apostoł Jakub: „Czy nie wiecie, że przyjaźń ze
światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata,
staje się nieprzyjacielem Boga” (Jakuba 4:4). Jak to, czy mam nienawidzić wszystko
to, co mnie otacza? Bardzo łatwo jest wtedy skojarzyć wiarę z listą zakazów i
nakazów, a w konsekwencji odrzucić to, co tak wspaniale smakowało przy
pierwszym kontakcie. Można też oszukiwać samego siebie i uważać, że nie musimy
rezygnować z dotychczasowego życia. Dlaczego przyjaźń ze światem to wrogość
wobec Boga? Co jest złego w takiej przyjaźni? Przyjaźń sama w sobie nie jest
zła, ale przyjaźń ze światem przesłania nam Boga i nie możemy zobaczyć Go
takim, jakim On jest. Przyjaźń ze światem to przywiązanie do tego, czego szatan
używa abyśmy nie widzieli tej Prawdy, która może z nas uczynić ludzi naprawdę
wolnych. Szatan nie chce abyśmy tę Prawdę zobaczyli.
A jeśli nawet
ewangelia nasza jest zasłonięta, zasłonięta jest dla tych, którzy giną, w
których bóg świata tego zaślepił umysły niewierzących, aby im nie świeciło
światło ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga (2 Koryntian 4:4)
Prawda o tym, co jedynie
Bóg może nam ofiarować jest taka, że nie da się tego zastąpić niczym innym. Jednak
z powodu naszej grzesznej natury nie potrafimy właściwie ocenić wartości tego
daru. Wprawdzie za pierwszym razem wydaje się nam, że poznaliśmy pełny smak
Bożego daru, ale tak nie jest. Faktem jest, że to, co poczuliśmy było
zdecydowanie inne od wszystkich wcześniejszych doświadczeń, jednak, aby poznać
całą prawdę o wartości tego, co daje nam Bóg, musi z nas zostać usunięte
wszystko to, co zakłóca naszą łączność z Bogiem. Wymaga to czasu na stoczenie przez
nas boju wiary, najtrudniejszej walki jaką musi stoczyć każdy człowiek, walki z
własnym JA.
Kiedy zaczęła się uczta
weselna w Kanie Galilejskiej, gospodarze podali najlepsze wino, później
podawali wino, które było dobre, ale nie tak dobre, jak to pierwsze. Goście
byli zadowoleni; a tym co mogło sprawić, żeby poczuli by się gorzej, był całkowity brak
wina. Nie przeszkadzało im to, że jakość wina nie była już taka jak na
początku. I tak niestety jest też z nami i z naszą wiarą. Po pierwszym
zachwyceniu się cudownym smakiem Prawdy, wielu z nas zadowala się czymś, co
wprawdzie przypomina to pierwsze wino, ale nim nie jest. Kiedy zabrakło także
tego trochę gorszego wina, Jezus przemienił wodę we wspaniałe wino, lepsze
nawet od tego, które podano na początku uczty weselnej. Goście, którzy mieli
wrażenie, że to co piją to dobre i smaczne wino, nagle poczuli ogromną różnicę.
Zrozumieli, że ich poprzednie odczucia nie były właściwe. Czy chcieli, aby
ponownie podano im to wino, które pili poprzednio? Myślę, że nie. A jak często
my zadowalamy się czymś, co pomimo dobrego wrażenia, wcale nie jest tym, co Bóg
chce nam podarować? On daje nam tylko to, co najlepsze jednak, aby to przyjąć,
musimy zrezygnować z wszystkich tych rzeczy, które nie pochodzą od Boga. To one
sprawiają, że nie znamy prawdziwego smaku wolności od grzechu. I nigdy nie
poznamy tego smaku, jeżeli z nich nie zrezygnujemy. Ta rezygnacja nie może być jedynie
skutkiem decyzji podjętej przez nasz rozum, ona musi się stać potrzebą naszego
serca, naszym pragnieniem. To właśnie to pragnienie, wywołane miłością do Boga
sprawia, że to, co kiedyś wydawało się nam takie dobre i atrakcyjne, przestaje takie być. Spada zasłona i zaczynamy widzieć prawdziwą wartość tych rzeczy. Widzimy, że one nie są w naszym zasięgu, aby zaspokajać nasze prawdziwe
potrzeby, ale po to, aby oddzielić nas od Boga, od Tego, który jest jedynym
źródłem życia.
Czy przed moimi oczami
nie ma już tej zasłony, czy też może nadal tam jest, ale ja nie chcę jej
zauważyć?
___________________________________
AS – Waldemar Łysiak, „Asfaltowy Saloon”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz