27 marca 2017

Rocznica Reformacji

  W tym roku obchodzimy 500 rocznicę Reformacji. 31 października 1517 roku Marcin Luter ogłosił 95 tez, które przeciwstawiały się naukom głoszonym przez kościół katolicki, przede wszystkim nauce o odpustach, pokucie i zbawieniu. Oto kilka z tych tez:
***
  W żaden sposób nie można pod wyrazem "pokutujcie" rozumieć Sakramentu pokuty, to jest spowiedzi i zadośćuczynienia, które kapłan sprawuje.
  Ani rozumem, ani z Pisma nie udowodniono, żeby dusze w czyśćcu znajdowały się w stanie niezdolnym do zasługi i do wzrostu miłości.
  I to zdaje się być niemożliwe do udowodnienia, jakoby dusze w czyśćcu, przynajmniej niektóre, były pewne swego zbawienia i o nie się nie troszczyły, jakkolwiek my pewni tego jesteśmy zupełnie.
  Ludzkie brednie opowiadają ci, którzy głoszą, że gdy grosz w skrzynce zabrzęczy, dusza z czyśćca uleci.
  Jest to pewne, że gdy grosz w skrzynce brzęknie, urosnąć może skąpstwo i chęć zysku; skuteczność modlitwy przyczynnej Kościoła zależy natomiast od upodobania Bożego.
  Ci, którzy sądzą, iż mogą zapewnić sobie zbawienie przez listy odpustowe, będą wiecznie potępieni wraz z mistrzami swymi.
  Każdy chrześcijanin, prawdziwie żałujący za swoje grzechy, ma i bez listu odpustowego zupełne odpuszczenie męki i winy.
  Odpust zachwalany przez kaznodziejów, jako wielka łaska, jest istotnie łaską wielką, gdyż im przynosi wiele pieniędzy.
  W rzeczywistości jednak jest najmniejszą łaską w porównaniu z łaską Bożą i błogosławieństwem krzyża.
  Dlaczego papież dla świętej miłości i dla cierpień, jakie dusze w czyśćcu ponoszą, dusz tych naraz nie wyzwoli z czyśćca; gdy tymczasem dla tak małej przyczyny, jaką jest budowa kościoła św. Piotra, za pieniądze tyle dusz wyzwala?
  Cóż to jest za jakaś nowa doskonałość Boża i pobożność papieska, że bezbożnemu wolno za pieniądze wyzwalać dusze pobożne, a nie chcą dusz tych wyzwalać z miłości i bez pieniędzy?
  Będąc bogatym ponad magnatów, czemu to papież nie za swoje własne pieniądze, lecz za pieniądze ubogich wiernych buduje kościół św. Piotra?
***
  Chociaż minęło prawie 500 lat, nic się w tym temacie nie zmieniło i nadal mając pieniądze można sobie zapewnić odpuszczenie grzechów poprzez nabycie odpustu. Jednak to, co Marcin Luter ogłosił 31 października było tylko wstępem do tego, co zrobił później. Luter nie chciał walczyć z papieżem, nie chciał zakładać nowego kościoła, chciał tylko oczyścić kościół z błędów. Jednak sytuacja rozwinęła się tak, że Luter zaczął widzieć coraz więcej. Jego późniejsze wypowiedzi poruszały o wiele poważniejsze problemy niż te, o których pisał w swoich 95 tezach. I co ciekawe, nie był pierwszym, który to zauważył. Ponad sto lat wcześniej w Anglii, Jan Wiklif także chciał usunięcia błędów i przez to stał się wrogiem papiestwa, które bezskutecznie próbowało pozbawić go życia. Papież Grzegorz XI wysłał do Anglii trzy bulle, nakazujące usunięcia Wiklifa i żądające jego śmierci. 
  "Opatrzność Boża nadal kierowała wydarzeniami, by zapewnić reformatorowi warunki działania. Po śmierci Grzegorza XI władzę objęło dwóch zwalczających się papieży. Każdy z nich, powołując się na swą nieomylność, żądał posłuszeństwa dla siebie. Każdy też wzywał wierzących do walki przeciw drugiemu, grożąc opornym klątwami, a zjednując zwolenników obietnicami nagrody w niebie. 
  Sytuacja ta znacznie osłabiła siłę papiestwa. Przeciwne strony zajęte były wzajemnym zwalczaniem się, toteż Wiklif przez jakiś czas miał spokój. Klątwy i oszczerstwa rzucane były przez jednego i drugiego papieża, a potoki krwi lały się po obydwu stronach. Kościół zżerany był przez skandale i przestępstwa. Tymczasem reformator w swym bezpiecznym ukryciu na probostwie w Lutterworth pilnie pracował, by umysły ludzi odwrócić od zwalczających się papieży, a skierować na Jezusa, Księcia Pokoju. 
  Rozłam w papiestwie wraz z przeciwnościami i zepsuciem, które ukazał, przygotował drogę reformacji. Ludzie zorientowali się, czym w rzeczywistości jest papiestwo. W swej pracy na temat owego rozłamu Wiklif wezwał wierzących, by rozważyli, czy właściwie obaj papieże nie powiedzieli prawdy, nazywając się wzajemnie antychrystami. „I Bóg nie chciał już dłużej pozwolić — mówił Wiklif — by szatan panował w jednym kapłanie, dlatego (...) uczynił rozłam między dwoma, by w imieniu Chrystusa łatwiej można było zwyciężyć obu” {EGW, WB 47.4-5}.
  Marcin Luter przeszedł podobną drogę jak Jan Wiklif. "W tym czasie Luter tylko częściowo porzucił błędy papiestwa. Gdy jednak porównywał Słowo Boże z papieskimi dekretami, napełniało go zdziwienie. „Studiuję dekrety papieskie — pisał — i nie wiem, czy sam papież jest antychrystem, czy też jego apostołem, bowiem Chrystus jest w tych dokumentach przedstawiony w fałszywym świetle i zaiste powtórnie ukrzyżowany”. Luter nadal jednak był zwolennikiem Kościoła rzymskiego i nie myślał o odłączeniu się od niego" {EGW, WB 74.2}. 
  Porównywanie dekretów papieskich z Biblią doprowadziły go do tego, że gdy papież ogłosił bullę, która miała zniszczyć reformatora, Luter powiedział: "„Gardzę nią i atakuję, gdyż jest niezbożna i fałszywa (...) sam Chrystus jest w niej potępiony (...). Cieszę się jednak, że muszę doznawać takiego zła dla najlepszej sprawy. Już teraz czuję o wiele więcej wolności w sercu, bowiem wreszcie wiem, że papież jest antychrystem, a jego tron tronem samego szatana”. — D’Aubigné VI, 9" {EGW, WB 75.3}. O samym papieżu powiedział: "To straszne, że człowiek, który sam nazywa się zastępcą Chrystusa, postępuje jak władca świecki, z wystawnością, której żaden król ani cesarz nie może dorównać. Czy żyje on jak biedny Jezus lub pokorny Piotr? Mówią, że jest panem tego świata, ale Chrystus, którego namiestnikiem papież się mieni, powiedział: «Królestwo moje nie jest z tego świata». Czy zatem władza namiestnika może być większa od władzy zwierzchnika?” — D’Aubigné VI, 3" {EGW, WB 74.7}.
  Trudno się w związku z tym dziwić, że Luter stał się wrogiem nr 1 papiestwa i Rzym starał się ze wszystkich sił pozbawić go życia, likwidując jednocześnie te zmiany, które godziły w interesy Rzymu. A jedną z nich był dekret sejmu w Spirze, który w 1526 roku zapewnił każdemu państwu niemieckiemu wolność w sprawach religii. Cesarz Karol V, zwolennik Rzymu, chciał anulować ten dekret i w tym celu w roku 1529 "zwołał sejm w Spirze, celem wytępienia herezji" {EGW, WB 104.3}. Głównym celem cesarza było zlikwidowanie zagwarantowanej prawem tolerancji religijnej. Kościół wspierany przez cesarza "żądał, aby te państwa, które uznały reformację, poddały się bez zastrzeżeń władzy rzymskiej. Reformatorzy ze swej strony domagali się zapewnionej im poprzednio wolności religijnej" {EGW, WB 105.2}.
  "Wreszcie zaproponowano ugodę; tam gdzie reformacja nie dotarła, edykt z Wormacji powinien być jak najsurowiej przestrzegany, „tam zaś, gdzie odstąpiono od niego tak dalece, że ponowne wprowadzenie edyktu nie obeszłoby się bez buntów, ludzie nie powinni przynajmniej dokonywać nowych reform, podnosić kwestii spornych, zakazywać odprawiania mszy oraz pozwalać katolikom na przyjęcie luteranizmu”. Propozycja została przyjęta przez sejm ku wielkiemu zadowoleniu przedstawicieli Kościoła rzymskiego" {EGW, WB 105.3}.
  Warto zwrócić uwagę na te punkty, które dotyczyły tych państw, w których jeszcze obowiązywała tolerancja religijna, zagwarantowana dekretem sejmu z 1526 roku. W tych krajach miało być:
  1. wstrzymane wprowadzanie dalszych reform
  2. zabronione omawianie kwestii spornych
  3. zabroniona krytyka odprawiania mszy
  4. miał obowiązywać zakaz przyjmowania luteranizmu przez katolików
  Gdyby do tego doszło, to jak napisał D'Aubigne w "Historii Reformacji"; "reformacja nie mogłaby się szerzyć tam (...) gdzie jeszcze nie była znana, ani zakorzenić tam, gdzie już istniała (...) Nawrót rzymskiej władzy przywróciłby siłą rzeczy dawne nadużycia i powstałaby sytuacja, w której łatwo byłoby przez fanatyzm i sianie niezgody dokończyć zniszczenia dzieła już i tak wstrząsanego wieloma burzami” {D'Augigne XIII, 5}. "Wolność słowa zostałaby tym samym przekreślona, a nawracanie - zakazane {EGW, WB 105.4}.
  "Książęta ewangeliccy postanowili przedstawić sejmowi swoje poglądy na piśmie, które zawierałoby także teksty z Biblii na poparcie ich żądań. Zadanie to powierzono Lutrowi, Melanchtonowi i ich współpracownikom. Protestanci przyjęli sporządzone wyznanie wiary i zebrali się, aby złożyć pod tym ważnym dokumentem swoje podpisy. Była to uroczysta chwila, a zarazem czas próby. Reformatorzy obawiali się, by nie potraktowano ich sprawy jako kwestii politycznej. Byli przekonani, że reformacja nie powinna wywierać żadnego innego wpływu oprócz tego, który wypływa ze Słowa Bożego. Gdy książęta podeszli, by podpisać swe wyznanie wiary, Melanchton oświadczył: „Przedłożenie tych propozycji jest zadaniem teologów i duchownych; autorytet możnych zachowajmy dla innych spraw”. „Niech Bóg broni — odpowiedział Jan z Saksonii — żebyście mnie z tego wyłączyli. Postanowiłem czynić to, co jest sprawiedliwe, nie martwiąc się o koronę. Chcę wyznać Pana. Krzyż Jezusa Chrystusa jest dla mnie więcej wart niż mój elektorski kapelusz i płaszcz”. Powiedziawszy to, złożył swój podpis pod dokumentem. Inny z książąt, biorąc pióro do ręki powiedział: „Jeśli honor Pana Jezusa Chrystusa wymaga tego, jestem gotów (...) oddać życie i dobra”. „Prędzej zrzeknę się mych poddanych i majątku, prędzej opuszczę kraj z kijem pielgrzyma w ręce, niż przyjmę inną naukę prócz tej, którą zawiera niniejsze wyznanie”. Taka była wiara i odwaga tych nieustraszonych ludzi Bożych.
  Nadszedł oznaczony czas i trzeba było stanąć przed cesarzem Karol V zasiadł na tronie, otoczony przez elektorów oraz książąt, i oddał głos protestanckim reformatorom. Odczytano ich wyznanie wiary. Na tym uroczystym zebraniu jasno przedstawiono prawdy ewangelii i obnażono błędy Kościoła papieskiego. Słusznie określono ten dzień jako „największy w dziele reformacji i jeden z najwspanialszych w dziejach chrześcijaństwa i ludzkości” {EGW, WB 109.2-3}.
  "Pewien biskup oświadczył: „Wszystko to, co luteranie tutaj powiedzieli, jest prawdą; nie możemy temu zaprzeczyć”. „Czy możecie zbić jakimiś słusznymi argumentami uczynione przez elektora i jego przyjaciół wyznanie?” — zapytał doktora Ecka, na co ten odpowiedział: „Pismami proroków i apostołów — nie, ale pismami ojców Kościoła i soborów — tak”. „Zatem luteranie tkwią w Piśmie Świętym — rzekł pytający — my zaś poza nim” {EGW, WB 110.1}.
  W tamtych czasach kościół rzymski miał pozycję i władzę, jakiej nie miał żaden król czy cesarz, ale rozwój Reformacji spowodował, że papiestwo znalazło się w odwrocie, zaczęło tracić swoją pozycję. I chociaż jeszcze dużo czasu minęło, zanim otrzymało "śmiertelną ranę", to jednak stopniowo traciło władzę i przywileje. Dzisiaj sytuacja jest inna. Papiestwo nie jest w odwrocie, ale stopniowo odzyskuje to, co straciło na skutek Reformacji. Jednak łatwo jest dzisiaj zauważyć pewne podobieństwa pomiędzy czasami Lutra a naszymi. 
  Są to tendencje w tych kościołach protestanckich, które powstawały na przestrzeni wieków, a które dzisiaj są coraz bardziej widoczne. Jest to niechęć protestantów do wprowadzania reform, mogących odnowić życie duchowe. Jest to niechęć do omawiania kwestii spornych, zwłaszcza tych, które podkreślają doktrynalne różnice między kościołem katolickim a protestantami. Jest to też niechęć, a coraz częściej zakaz krytykowania tego, co w kościele katolickim jest niezgodnego z Pismem Świętym. I są to także działania, których efektem jest wstrzymywanie ewangelizacji wśród katolików. Jest to zadziwiająca zbieżność z tym, co miało miejsce w czasach Lutra. Jednak wtedy protestanci nie ulegli naciskowi i nie przyjęli pokoju oraz "gałązki oliwnej" zaoferowanej przez Rzym. A my zrobimy, jaką decyzję podejmiemy? Czy będziemy ulegać coraz liczniejszym głosom nawołującym do jedności w oparciu o kościół katolicki, czyli do ekumenii, i do pomijania różnic dzielących papiestwo od protestantyzmu? Coraz częściej zacierane są fundamentalne prawdy i nie dające się pogodzić sprzeczności. Coraz częściej w imię "miłości" ucisza się tych, którzy nie chcą zapomnieć o tych rzeczach, które były powodem powstania Reformacji. Są one nadal aktualne, nic się w tym miejscu nie zmieniło, tylko że my coraz chętniej o tym zapominamy. Wybieramy "pokój i bezpieczeństwo", chociaż wcale tego pokoju i bezpieczeństwa nie ma. Przekonamy się o tym bardzo dobitnie wtedy, gdy papiestwo odzyska swoją utraconą pozycję, a wszystko wskazuje na to, że nastąpi to wkrótce.
  Podczas sejmu w Spirze protestanci, włącznie z książętami, byli gotowi poświęcić wszystko dla obrony prawdy, byli gotowi oddać swoje majątki, władzę a nawet życie. Czy dzisiaj jesteśmy gotowi do tego samego? 


7 marca 2017

Nowy krzyż

  Współczesne chrześcijaństwo ma coraz mniej wspólnego z tym, co głosił Jezus, który powiedział: "Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie" (Łk 9,23). Powiedział też, że "jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie" (Mt 11,30), a wielu chrześcijan, powołując się na te słowa, próbuje pogodzić swoje upodobanie do przyjemności jakie daje ten świat, z wiarą w Jezusa. Jednak nie taki jest sens tych słów Jezusa. Jego jarzmo jest miłe a brzemię lekkie dla tych, którzy na skutek przemiany serc i charakterów nie odczuwają służby dla Boga jako uciążliwej i ograniczającej ich życie. Nie uważają oni poświęcenia dla innych za coś trudnego i ciężkiego, ale właśnie za coś, co jest miłe i lekkie, coś, co można robić bez problemów i wyrzeczeń.

 Niejeden chrześcijanin, który uważa się za naśladowcę Jezusa, nie widzi nic złego w tym, że na przykład ogląda telewizję czy też jeździ na wycieczki albo wczasy do atrakcyjnych miejsc. Uważają, że Bóg na pewno nie ma nic przeciwko temu, aby ich życie było przyjemne. I mają rację o tyle, że Bóg nikomu tych rzeczy nie zabrania, pozostawiając nam decyzje dotyczące naszego życia. Jednak z drugiej strony nasz Stwórca wyraźnie wskazuje na to, co powinno być w naszym życiu najważniejsze. A my często do tych ważnych, Bożych tematów podchodzimy jak do czegoś, co wymaga wielkiego wysiłku, czasu, którego nam brakuje, oraz poświęcenia czegoś, co chcielibyśmy robić, ale musimy z tego zrezygnować. Z tego powodu współczesne chrześcijaństwo zmodyfikowało swoje spojrzenie na temat krzyża i w ten sposób powstała pewna filozofia, próbująca połączyć coś, czego połączyć się nie da. Dobrze przedstawia ten problem ta wypowiedź:

 "Nowy krzyż nie zabija grzesznika, tylko zmienia jego orientację. Naprowadza go na czystszy i weselszy sposób życia, zachowując jego miłość do samego siebie. Do wojowniczego mówi: "Chodź i walcz dla Chrystusa." Wyniosłemu powiada: "Przyjdź i chlub się w Panu." Żądnemu rozkoszy proponuje: "Przyjdź i rozkoszuj się wspólnotą chrześcijańską." Poselstwo ewangelii naginane jest do aktualnie panującej mody, aby uczynić je atrakcyjne dla publiczności. Filozofia ukryta za tą rzeczą może być szczera, ale jej szczerość nie zapobiega temu, że jest ona fałszywa. Jest fałszywa, ponieważ jest ślepa. Gubi ona zupełnie całe znaczenie krzyża" (A.Tozer "Radykalny krzyż").

 Filozofia ta to nic innego jak kolejne zwiedzenie szatana, który podsuwa ją tym, którzy chcą się uważać za chrześcijan i naśladowców Jezusa, a jednocześnie nie chcą zmieniać swoich serc i charakterów, uważając się za ludzi wystarczająco dobrych, a Boga za wystarczająco miłosiernego, aby w tym stanie jakim są, przyjął ich do swego Królestwa. Ewangelia mówi nam jednak coś innego i wyraźnie wskazuje na to, że bez tej wewnętrznej przemiany jest to niemożliwe. "Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie". Kiedy próbujemy zaprzeć się samego siebie i odwrócić się od dotychczasowego życia, ale wciąż posiadamy stare serca i charaktery, to cały nasz wysiłek jest całkowicie bezowocny. Odczuwamy tylko coraz większy dyskomfort i nasz stan, to co czujemy, nie ma nic wspólnego z zapewnieniem Jezusa: "Weźcie na siebie moje jarzmo (...) a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Mt 11,29). Brak chęci do zmiany z jednej, i chęć korzystania z Bożych błogosławieństw z drugiej strony to nic innego, jak działanie opisane przez Izajasza: "W owym dniu uchwyci się siedem kobiet jednego mężczyzny, mówiąc: Swój własny chleb będziemy jadły i swoim własnym odzieniem będziemy się przyodziewały, niech tylko twoim imieniem się nazywamy, zdejmij z nas naszą hańbę!" (Iz 4,1). I wielu z nas, tak jak zapowiedział to Izajasz, nie chce tak naprawdę jeść chleb żywota, nie chce okrywać się szatą sprawiedliwości Jezusa, ale chce nazywać się Jego imieniem. Przykra prawda jest jednak taka, że na tej drodze nie można uzyskać ukojenia duszy, obiecanego przez Jezusa. I prawdą też jest to, że ta droga nie prowadzi do Królestwa Niebios.


22 lutego 2017

Boża miłość

Każdego dnia na świecie dochodzi do wielu nieszczęść, takich jak śmierć, choroby, wypadki, katastrofy, itp. Ludzie często zastanawiają się, dlaczego tak się dzieje. Nie potrafią zrozumieć jak to możliwe, aby Bóg, który jest Miłością, stworzył świat, na którym jest tak wiele bólu. I wielu ludzi z tego powodu odwraca się od Niego. Nie chcą zaakceptować Boga, który pozwala matkom patrzeć na ich umierające dzieci, mężom na umierające żony a żonom na umierających mężów. Odrzucają Boga, który pozwala ludziom patrzeć, jak na skutek chorób, wypadków czy wojny, umierają ci, których kochają. Uważają, że Bóg zezwalając na to wszystko objawia brak miłości. Mówią, że gdyby Bóg był doskonały, to stworzyłby świat bez tych wszystkich złych rzeczy. Obwiniają Boga o to, że nie stworzył świata tak, aby zło nie mogło na nim zaistnieć, aby nie było możliwości popełniania tych wszystkich złych rzeczy, które obserwujemy dookoła nas. Właśnie o to Ewa oskarżyła Boga, mówiąc: "Wąż mnie zwiódł i jadła" (Rdz 3,13). Zarzuciła Bogu, że stworzył węża, bo gdyby tego nie zrobił, to ona nie miałaby możliwości zgrzeszyć. Inaczej mówiąc stwierdziła, że byłoby prościej, gdyby Bóg nigdy nie stworzył węża. Nie ma węża i nie ma problemu, usunięta została potencjalna przyczyna grzechu. Ale czy to istnienie węża było naprawdę tym problemem? Adam zarzucił Bogu, że to kobieta, którą stworzył zwiodła go do grzechu. Czy gdyby Bóg stworzył świat i Adama, ale nie stworzył węża i kobiety, to taki świat byłby doskonały i nie byłoby na nim zła?

Do czego prowadzi taki sposób myślenia, polegający na redukowaniu tego wszystkiego, co może być źródłem nieszczęścia? Czy w ten sposób można otrzymać doskonały i idealny świat? Chyba nietrudno zauważyć, że taka droga prowadzi donikąd, a właściwie tam, gdzie nie ma nic. Bo tylko doskonała próżnia może zapewnić stan, w którym nie ma żadnej możliwości zaistnienia nieszczęścia. Tylko czy coś, czego nie ma, można nazwać światem?
Problem zła nie polega na tym, że istnieją możliwości jego popełnienia, ale na tym, że my takie możliwości wykorzystujemy. Nie można stworzyć doskonałego świata usuwając z niego wszystko to, co może być wykorzystane do czynienia zła. Jedynym sposobem jest świadoma rezygnacja z tego, co prowadzi do zła. Doskonały świat, na którym "śmierci już nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani mozołu" (Ap 21,4) to świat, w którym żyją ludzie świadomie rezygnujący ze zła, ponieważ mają świadomość konsekwencji tego, co robią, i wybierają tylko to, co dobre. Problem zła na świecie będzie istniał tak długo, jak długo ludzie będą mieli pragnienie czynienia zła. Problem zła leży w naszych sercach.

Zwolennicy "redukcjonizmu" powiedzą w tym momencie, że to przecież Bóg dał nam takie serca, więc to On jest winny. My przecież nic z tym nie możemy zrobić. Bóg dając nam takie serca, jakie mamy, zmusił nas do czynienia zła, nie dał nam wyboru. Ten ostatni wniosek jest jednak fałszywy. Mamy możliwość wyboru, integralną częścią naszej osobowości jest wolna wola. Problem nie polega na tym, że nie mamy wyboru, ale na tym, że wybieramy niewłaściwie.

Bez zmiany serca nie jest możliwe dokonywanie właściwych wyborów, a my nie chcemy tego zmieniać, i to jest sedno całego problemu zła. Jesteśmy przywiązani do naszych słabości i naszych grzechów, uważamy, że są one bez znaczenia. Łatwo dostrzegamy zło na świecie, ale nie chcemy dostrzec związku między tym wielkim złem dookoła nas, a naszymi małymi kompromisami ze złem. Być może Ewa myślała w ten sposób, uważając że zerwanie i zjedzenie jednego owocu nie jest przecież niczym wielkim. To taki drobiazg, Bóg może nawet tego nie zauważy. Prawda jest 
jednak taka, że zło ma bardzo destrukcyjny wpływ na charakter człowieka i bardzo szybko potrafi doprowadzić go do takiego miejsca, w którym robi coś, co kiedyś wywoływało w nim wstręt o odrazę. Łatwo jest wejść na tę drogę, ale zejście z niej jest bardzo trudne, a tak naprawdę nie jesteśmy w stanie samodzielnie z niej zejść. 
Bóg oprócz wolnej woli dał nam też sumienie, które działa jak system ostrzegający przed niebezpieczeństwem. To głos sumienia powoduje, że od czasu do czasu odczuwamy potrzebę zmiany naszego życia. Nie możemy wprawdzie sami zmienić naszych serc, ale jeżeli na skutek działania sumienia odczuwamy potrzebę i chęć takiej zmiany, to otwiera to Bogu drogę do naszych serc i On zacznie je zmieniać.

To my musimy się otworzyć i pozwolić Bogu działać w naszym życiu. I jest tylko jedna siła zdolna do otwarcia naszych serc, siła która może przełamać nasze przywiązanie do zła, do grzechu. Jest to siła Bożej miłości. "Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (J 3,16). Kiedy głos sumienia skłania nas do szukania pomocy u Boga i zaczynamy poznawać naszego Stwórcę, zaczynamy rozumieć na czym polega Boża miłość i ta świadomość powoduje, że dobrowolnie poddajemy się jej działaniu. Pozwalamy Bogu zmieniać nasze serca i charaktery. Zaczynamy rozumieć, że jedyną właściwą drogą jest odwrócenie się od tego, co w odrodzonym sercu w naturalny sposób wywołuje wstręt i obrzydzenie. 

Poznając Boga zaczynamy dostrzegać wartość ofiary złożonej na krzyżu Golgoty. Kiedy zaczynamy uświadamiać sobie co tak naprawdę Bóg poświęcił, aby nas ratować od śmierci, to jednocześnie zaczynamy widzieć prawdę o nas samych. Zaczynamy rozumieć, że wszystkie nasze uwagi pod adresem Boga były bezpodstawne, a ich celem było tylko i wyłącznie usprawiedliwienie naszego wcześniejszego stylu życia. I w takim momencie naszego życia mamy dwie możliwości. Albo ulegniemy sile Bożej miłości, która prowadzi nas przez wąską bramę i wąską ścieżką do Boga, albo 
odrzucamy Bożą miłość, a to oznacza wejście na szeroką drogę, która prowadzi do zatracenia.

"Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych" (Hbr 3,7). "Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną" (Ap 3,20). Bóg nie zmusza nas do niczego, ale ostrzega nas przed konsekwencjami złych decyzji. To szatan robi wszystko, aby uczynić z nas niewolników grzechu. On nie puka do 

naszych serc, ale wchodzi bez pytania. Wystarczy, że ich nie zamkniemy i zostawimy lekko uchylone. Bóg objawia nam swoją miłość i w ten sposób stara się nas do siebie przyciągnąć. A największym dowodem Jego miłości do nas jest to, co się stało prawie dwa tysiące lat temu w Jerozolimie, podczas święta Paschy. Bóg pozostawia nam decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu Jego ofiary. Możemy odpowiedzieć miłością na Jego miłość, albo odwrócić się od Boga i próbować żyć bez Niego. Ale czy życie bez Boga jest możliwe?

8 stycznia 2017

Żywot wieczny

"Jeśli mnie miłujecie, przykazań moich przestrzegać będziecie" (J 14,15). Aby właściwie zrozumieć tę wypowiedź Jezusa, należy sprawdzić, o jakiej miłości jest tu mowa. W oryginalnym tekście greckim zostało tu użyte słowo 'agape', oznaczające najwyższą formę miłości. Agape to miłość bezwarunkowa, istniejąca niezależnie od sytuacji, całkowicie pozbawiona egoizmu. Język grecki ma jeszcze dwa inne słowa oznaczające miłość, są to 'fileo' (miłość braterska) i 'eros' (miłość intymna). O miłości 'agape' Jezus powiedział: "Większej miłości [agape] nikt nie ma nad tę, jak gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich" (J 15,13). 
Podczas ostatniej wieczerzy Jezus powiedział swoim uczniom "Gdzie ja idę, tam wy przyjść nie możecie", a następnie dał im nowe przykazanie, aby się wzajemnie miłowali. "Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną [agape] mieć będziecie" (J 13,35). Ten najwyższy rodzaj miłości został tu wskazany jak znak uczniostwa. To miłość agape świadczy o tym, czy jesteśmy prawdziwymi uczniami Chrystusa, prawdziwymi chrześcijanami. W następnych dwóch wersach znajdują się bardzo ważne informacje związane z miłością agape. "Rzekł mu Szymon Piotr: Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział Jezus: Dokąd idę, ty teraz ze mną iść nie możesz, ale potem pójdziesz. Rzekł mu Piotr: Panie! Czemu nie mogę teraz iść za tobą? Duszę swoją za ciebie położę". Dlaczego Jezus powiedział Piotrowi, że teraz, czyli w tym momencie, Piotr nie może pójść tam, gdzie idzie jego Mistrz? Jaki był powód? Dlaczego Jezus na deklarację Piotra odpowiedział: "Zanim kur zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz"?
Prawdziwym znakiem uczniostwa jest miłość agape. Piotr mówiąc do Jezusa "Duszę swoją za ciebie położę" stwierdził, że ma taką miłość. Uważał w tym momencie, że jest gotowy do ofiarowania swojego życia za Jezusa. Jednak w odpowiedzi usłyszał, że się myli. Czy Piotr nie wierzył w Jezusa? Oczywiście, że wierzył. Podczas kryzysu, jaki miał miejsce po wypowiedzi Jezusa "Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem", wielu uczniów stwierdziło, że "twarda to mowa i któż jej słuchać może", po czym opuścili Jezusa. Jednak Piotr powiedział wtedy: "Myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga żywego". Piotr z całą pewnością wierzył w Jezusa. A jednak tej samej nocy, kiedy stwierdził, że jest gotów oddać swoje życie, zaparł się Jezusa. Okazało się, że nie był gotowy do takiego poświęcenia, nie miał jeszcze w sobie miłości agape. 
Kiedy po swoim zmartwychwstaniu Jezus spotkał się z uczniami nad morzem Tyberiadzkim, Jezus trzykrotnie zapytał się Piotra o to samo "Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie?". Jednak w języku greckim ta rozmowa wygląda trochę inaczej. Pytanie pierwsze: "Szymonie, synu Jana, miłujesz [agape] mnie więcej niż ci? Rzekł mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję [fileo]" (J 21,15). Jezus pyta się Piotra, czy kocha go najwyższą formą miłości, agape, jednak Piotr mając świadomość swojego prawdziwego stanu, z pokorą odpowiada, że wprawdzie kocha swojego Mistrza, ale miłością fileo. Nie próbuje wywyższać się nad innych, ale przyznaje się do swojej słabości. Jezus ponawia to samo pytanie, a Piotr odpowiada w ten sam sposób. Za trzecim razem Jezus pyta: "Szymonie, synu Jana, miłujesz [fileo] mnie?". To tak, jakby powiedział "Widzę Piotrze, że już wiesz o tym, że twoja miłość do mnie nie jest jeszcze taka, jaką powinien mieć mój uczeń. Ale jednak kochasz mnie, wiem o tym, i dlatego będziesz pasterzem dla moich owiec. A problemem udoskonalenia twojej miłości zajmę się później. Najważniejsze, że znasz swoje braki". Wiemy o tym, że po kilku dniach na uczniów zgromadzonych w Jerozolimie, został wylany Duch Święty. Wypełniła się tym samym obietnica Jezusa "Weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi" (Dz 1,8). Wypełniła się też inna obietnica, ta, którą Jezus przekazał uczniom podczas ostatniej wieczerzy: "Jeśli kto mnie miłuje [agape], słowa mojego przestrzegać będzie, i Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy" (J 14,23). Ta obietnica jest też definicją narodzenia na nowo, warunku koniecznego do uzyskania zbawienia. Jak widać, do tego aby narodzić się na nowo nie wystarczy miłość fileo, człowiek musi pokochać Boga miłością agape. Jak miłość agape "działa" w naszym życiu? Apostoł Paweł wyjaśnił, że "jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe" (2 Kor 5,17). Wszystkie złe cechy charakteru zostają usunięte, zamiast upodobania do grzechu mamy umiłowanie tego, co dobre. Sprawdza się to, o czym mówił Jezus: "Jeśli mnie miłujecie, przykazań moich przestrzegać będziecie" (J 14,15). Nasze życie wygląda tak, jak wyglądało życie Jezusa. Przestrzeganie przykazań staje się dla nas czymś naturalnym, zgodnym z nowym charakterem. Posłuszeństwo Bożemu Prawu jest skutkiem dokonanej w naszym wnętrzu przemiany. Dobre uczynki i brak złych to owoce tego, że, jak napisał apostoł Paweł: "żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (Gal 2,20).
Czy Biblia potwierdza te wnioski? Jak najbardziej. "Kto z Boga się narodził, grzechu nie popełnia, gdyż posiew Boży jest w nim i nie może grzeszyć, gdyż z Boga się narodził" (1 J 3,9). "Kto ma przykazania moje i przestrzega ich, ten mnie miłuje [agape], a kto mnie miłuje [agape], tego też będzie miłował Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie" (J 14,21). Zależność między odwróceniem się od grzechu a miłością agape podkreśla też ten fragment: "Kto mnie nie miłuje [agape], ten słów moich nie przestrzega" (J 14,24). Można wobec tego stwierdzić, że człowiek jest skazany na grzech, jeżeli nie ma najwyższej formy miłości. To dzięki miłości agape zaczynamy żyć nowym życiem, w wolności od grzechu, tej wolności, którą tylko Bóg może nam dać. 
Czy w związku z tym człowiek nowonarodzony jest "skazany" na życie bez grzechu? Okazuje się, że nie. Bóg nigdy nie odbiera człowiekowi wolnej woli, pozostawiając nam możliwość wyboru albo posłuszeństwa wypływającego z miłości agape, albo nieposłuszeństwa, wbrew tej miłości. Jednak trzeba podkreślić, że kiedy człowiek narodził się na nowo i trwa w Jezusie tak, jak latorośl w krzewie winnym, to po pierwsze musi zmusić się do tego, aby zgrzeszyć, a po drugie, skutki takiego grzechu są tragiczne. Dlaczego? Ponieważ każdy grzech, nawet najmniejszy, jak na przykład zerwanie jednego owocu z drzewa, pociąga za sobą następne grzechy. Pierwszy grzech ułatwia popełnienie następnego. Dlatego apostoł Jan napisał: "Dzieci moje, to wam piszę, abyście nie grzeszyli. A jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy" (1 J 2,1). Jan przedstawia tu grzech jako coś wyjątkowego, coś, czego być nie powinno, ale może się on zdarzyć. Naturalną tendencją człowieka żyjącego w Chrystusie jest posłuszeństwo Bogu i życie zgodne z przykazaniami. Ale jeżeli popełniony zostanie błąd, to jedynym wyjściem jest udanie się do Jezusa po pomoc. Mamy błagać go w gorącej modlitwie o wybaczenie i oczyszczenie od popełnionego grzechu. Nie chodzi tu o stałą praktykę, swoiste chodzenie do spowiedzi raz w tygodniu. Kto narodził się na nowo, a następnie zaczyna wracać do poprzednich, grzesznych praktyk, tego sytuacja staje się tragiczna. "Jeśli bowiem przez poznanie Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa wyzwolili się od brudów świata, lecz potem znowu w nie uwikłani dają im się opanować, to stan ich ostateczny jest gorszy niż poprzedni. Lepiej bowiem byłoby dla nich nie poznać drogi sprawiedliwości, niż poznawszy ją, odwrócić się od przekazanego im świętego przykazania. Sprawdza się na nich treść owego przysłowia: Wraca pies do wymiocin swoich, oraz: Umyta świnia znów się tarza w błocie" (2 P 2,20-22). 
Wieli chrześcijan uważa się za ludzi narodzonych na nowo. Czy mamy możliwość sprawdzenia, czy rzeczywiście żyjemy w Chrystusie i mamy ten szczególny rodzaj miłości, jaką jest miłość agape? Biblia umożliwia nam przeprowadzenie takiego testu. "Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa, nie nadyma się, nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego, nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się raduje z prawdy; wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi. Miłość nigdy nie ustaje; bo jeśli są proroctwa, przeminą; jeśli języki, ustaną, jeśli wiedza, wniwecz się obróci" (1 Kor 13,4-8). Paweł pisze tu o miłości agape. Jeżeli chcemy sprawdzić sami siebie, to wystarczy odczytać ten tekst, ale w miejsce słowa 'miłość', wstawić własne imię. 
Czy jest to ważne, aby mieć pewność co do tego, że mamy taką miłość? Apostoł Paweł nie miał co do tego wątpliwości. "Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz z nich największa jest miłość [agape]" (1 Kor 13,13). Kto lekceważy to zagadnienie, ten może znaleźć się wśród tych, o których Jezus powiedział: "W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Mt 7,22-23). 
Czy znamy Jezusa, a nasze życie jest tego potwierdzeniem?


8 grudnia 2016

Walka z szatanem

"Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje. Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy. Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie. Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was" (Jk 4,6-10). 

Największym problemem tego świata jest grzech. Największym problemem dla nas jest pozbycie sie grzechu. Jest to problem, którego nie jesteśmy w stanie sami rozwiązać. Jednak ci, którzy w związku z tym twierdzą, że człowiek nie może przestać grzeszyć, nie mają racji. Apostoł Jakub podaje prosty sposób na rozwiązanie tego problemu. "Przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was". Kontekst tej wypowiedzi wskazuje na to, w jaki sposób możemy się przeciwstawić diabłu. Okazuje się, że nie polega to na wykorzystaniu naszych możliwości w celu prowadzenia działań przeciwko szatanowi. "Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was". Nie mamy poddać się Bogu i przeciwstaić diabłu, Jakub nie pisze tu o dwóch różnych czynnościach, ale o jednej. Poddanie się Bogu jest przeciwstawieniem się diabłu. Tę myśl rozwija w kolejnych wersach: "zbliżcie się do Boga ... obmyjcie ręce ... oczyśćcie serca ... biadajcie i smućcie się ... uniżcie się przed Panem". I chociaż wydaje się to być proste, to jednak wcale takie nie jest. Dlaczego? Ponieważ wymaga to uświadomienia sobie prawdy o samym sobie, o swoim przywiązaniu do grzechów. O wiele łatwiej jest nam skierować nasze myśli na zewnątrz, skupić się na rozpoznawaniu grzechu jaki nas otacza, niż odnaleźć zło w nas samych. Jezus powiedział "wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" nie dlatego, aby pokazać, że mamy dostrzegać w naszych charakterach tylko największe wady wielkości belki, a bliźnich wszystkie, nawet te wielkości źdźbła. Pokazał nam, że o wiele łatwiej dostrzegamy drobne wady u bliźnich, a w tym samym czasie nie widzimy naszych bardzo poważnych braków. Taka sytuacja świadczy o braku pokory, a "Bóg się pysznym przeciwstawia". Jeżeli chcemy uwolnić się od grzechów, jeżeli nie chcemy ulegać szatanowi, który robi wszystko, abyśmy grzeszyli, musimy ukorzyć się przed Bogiem i prosić Go o pomoc, ponieważ Bóg "pokornym łaskę daje". To jedyny skuteczny sposób na wygranie walki z szatanem i odrzucenie grzechów. Aby wygrać, trzeba poddać się Bogu. 


30 listopada 2016

Doskonałość w Chrystusie


"Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie, wiedząc, że doświadczenie wiary waszej sprawia wytrwałość, wytrwałość zaś niech prowadzi do dzieła doskonałego, abyście byli doskonali i nienaganni, nie mający żadnych braków" (Jk 1,2-4). Apostoł Jakub wskazuje nam drogę, którą powinniśmy kroczyć. Prowadzi ona do doskonałości, poprzez wytrwałość w wierze mamy dążyć do usunięcia naszych wad. Mamy do naszej dyspozycji Biblię, o której apostoł Paweł napisał: "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2 Tym 3,16-17). Paweł nie tylko mówi to samo, co Jakub, ale wskazuje też na to, co może nam w tym pomóc. W liście do Efezjan zwrócił uwagę na znaczenie wspólnoty, jaką jest kościół założony przez Chrystusa. "I On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorośniemy do wymiarów pełni Chrystusowej, abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu, lecz abyśmy, będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w niego, który jest Głową, w Chrystusa" (Ef 4,11-15). Boża doskonałość to jedność wiary i poznania Jezusa, to "męska" doskonałość, pełna, świadoma i dojrzała, utrwalona na skale jaką jest Chrystus. W takiej doskonałości, jak określił to Paweł, "pełni Chrystusowej", człowiek przestaje być "miotany i unoszony wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp". Pełnia Chrystusowa jest tym, o czym Jezus mówi do Laodycejczyków, jest maścią, która przywraca wzrok i pozwala widzieć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Stosując tę nabytą u Jezusa maść, otrzymujemy zdolność dostrzegania grzechu zawsze i wszędzie. Nasz odrodzony wzrok duchowy dostrzega grzech już na początkowym etapie, kiedy w naszym życiu pojawiają się pokusy. Grzech, jak wyjaśnił Jezus w kazaniu na górze, ma miejsce nie wtedy, gdy grzeszymy czynem, ale wtedy, gdy nie odrzucamy pokusy i pozwalamy jej działać w naszym umyśle. I to z tego powodu najważniejszym zadaniem dla każdego z nas jest kształtowanie charakteru na podobieństwo Jezusowego. Nie jest to łatwe, ponieważ wymaga to ukorzenia przed Bogiem i pokory. "Pan jest dobry i prawy, Dlatego wskazuje drogę grzesznikom. Prowadzi pokornych drogą prawa I uczy ich drogi swojej" (Ps 25,8-9). Najtrudniejszą walką dla każdego człowieka jest walka z samym sobą, ale tylko w taki sposób umożliwiamy Duchowi Świętemu wykonanie w nas wszystkich niezbędnych zmian. 
Grzech jest tym, co oddzieliło ludzi od Boga. To przez grzech nie mamy dzisiaj takich relacji z Bogiem, jakie mieli na początku Adam i Ewa. Każdy rodzaj grzechu powoduje, że te nienajlepsze relacje, które mamy dzisiaj z naszym Stwórcą, stają się jeszcze gorsze. Grzech jest jak choroba, która nas niszczy od środka i tak samo jak wiele chorób, nie ujawnia się zbyt szybko. Nie ma takiej choroby, która sprawia, że stajemy się zdrowsi. Tak samo jest z grzechem, nieważne jaki jest to grzech, każdy jego rodzaj jest dla nas szkodliwy, ponieważ zakłóca naszą łączność z Bogiem i odcina nas od źródła życia. Nigdy nie powinniśmy lekceważyć problemu grzechu, nigdy nie powinniśmy uznać, że grzech w naszym życiu jest czymś, co po prostu musi od czasu do czasu się pojawić. Takie myśli nie pochodzą od Boga. Nasz Pan wcale nie mówi do nas, abyśmy się nie przejmowali tym, że grzeszymy, ponieważ On nam i tak wszystko wybaczy. Każdy nasz grzech sprawia naszemu Stwórcy ból, tak jak grzechy dzieci sprawiają ból rodzicom. Każdy nasz grzech jest jak kolejny gwóźdź, którym Jezus był przybijany do krzyża. Grzesząc przyłączamy się do tych, którzy ukrzyżowali naszego Zbawcę. Pamiętajmy o tym każdego dnia, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy traktować grzech jako nieodłączną część naszego życia.
Jezus przybył na ziemię między innymi po to, aby pokazać, że każdy człowiek może żyć takim życiem, jakim żył On. Jezus nie różnił się od nas niczym, poza jedną rzeczą. On nigdy nie zgrzeszył. Ale nie miał możliwości większych od tych, którymi dysponuje każdy z nas. To dzięki swojej wierze przeżył całe swoje życie na ziemi bez grzechu, w doskonałej łączności ze swoim Ojcem. Mając taką wiarę jaką miał On, każdy z nas może żyć tak, jak On żył. To szatan chce, abyśmy traktowali nasze grzechy jako nieodłączną część naszego życia, ponieważ wie, że tylko wtedy może nas kontrolować. Wykorzystuje każdą naszą słabość, każdą wadę charakteru aby wpływać na nasze decyzje. Człowiek, który jest pod wpływem szatana nie od razu wygląda tak, jak opętany, którego Jezus uzdrowił w synagodze w Kafarnaum, albo ten, którego uwolnił od legiona demonów w krainie Gerazeńczyków. Jednak wpływ szatana nie jest możliwy do ukrycia i objawia się niewłaściwymi owocami naszego życia. To one pokazują, że chociaż deklarujemy się jako naśladowcy Jezusa, to nie jesteśmy Mu posłuszni we wszystkich aspektach naszego życia. I tak jak kropla drąży skałę, tak samo szatan wykorzystując drobną rysę charakteru jest w stanie doprowadzić każdego człowieka do stanu całkowitego zniewolenia. A objawem naszych rys charakteru są właśnie grzechy. Dlatego powinniśmy patrząc na słowa apostoła Jana: "Kto z Boga się narodził, grzechu nie popełnia, gdyż posiew Boży jest w nim, i nie może grzeszyć" (1 J 3,9) widzieć wspaniałą obietnicę naszego Stwórcy, obietnicę uwolnienia z niewoli grzechu i to nie w odległej przyszłości, po zmartwychwstaniu, ale tu i teraz. Po zmartwychwstaniu otrzymamy wprawdzie nowe, doskonałe ciała, ale zachowamy nasze charaktery. O tej obietnicy apostoł Paweł napisał w liście do Rzymian: "Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili. Bo jeśli wrośliśmy w podobieństwo jego śmierci, wrośniemy również w podobieństwo jego zmartwychwstania, wiedząc to, że nasz stary człowiek został wespół z nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione, byśmy już nadal nie służyli grzechowi; kto bowiem umarł, uwolniony jest od grzechu. Jeśli tedy umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy, wiedząc, że zmartwychwzbudzony Chrystus już nie umiera, śmierć nad nim już nie panuje" (Rz 6,3-8).


27 listopada 2016

Wolność

Posłuszeństwo. To słowo raczej nie kojarzy się z wolnością, ale raczej z ograniczeniem wolności. I o ile jest to prawdą w wielu dziedzinach naszego życia, w których jesteśmy zmuszeni dostosować nasz sposób postępowania do reguł, narzuconych nam przez innych ludzi, to w co najmniej w jednym przypadku posłuszeństwo świadczy o pełnej wolności. Jest to posłuszeństwo Bogu. Spróbuję to wyjaśnić na przykładzie przepisów ruchu drogowego.
Większość tych przepisów to różnego rodzaju zakazy i nakazy. Możemy do nich podchodzić na dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że traktujemy te przepisy jak coś, co wymyślił człowiek, który wprawdzie chciał aby na drogach było bezpiecznie, ale nie uwzględnił wszystkich okoliczności i niektóre z nich są niepotrzebne, ograniczają naszą wolność. Wiemy, że takie sytuacje zdarzają się na naszych drogach, a przykładem mogą być niektóre nakazy ograniczenia prędkości. Te wyjątki nie zmieniają jednak faktu, że większość tych przepisów ma zapewnić nam bezpieczeństwo. Mimo to wielu kierowców napotykając na trasie znaki ograniczenia prędkości, nawet jeżeli zwalniają, stosując się do przepisów, to robią to z obowiązku, a nie z przekonania. Niektórzy kwestionując sens tego ograniczenia, nie zmniejszają prędkości i nie uważają tego za coś złego. Wyobraźmy sobie, że te przepisy zostały opracowane przez kogoś, kto jest doskonałym kierowcą i zna wszystkie możliwe zagrożenia na drogach. Takie przepisy nie zawierałyby błędów i stosowanie się do nich zawsze miałoby sens. Jak w takiej sytuacji mogliby się zachowywać kierowcy? Mieliby dwa wyjścia. Pierwsze polegałoby na stosowaniu się do przepisów z obowiązku. Widząc znak ograniczenia prędkości taki kierowca zwalnia, ale dlatego że przepis zmusza go do tego. Drugi sposób polega na tym, że kierowca wiedząc o tym, kto jest autorem przepisów, ma świadomość tego, że nie są one ograniczeniem jego wolności, ale zapewniają mu bezpieczeństwo. Widząc ograniczenie prędkości, zwalnia nie dlatego, że musi, ale dlatego że chce. Pierwszy kierowca patrzy na przepisy jako zbiór zakazów i nakazów, które chociaż mają sens, to jednak ograniczają go w tym, co robi, dlatego chociaż stosuje się do nich, to nie robi tego z przekonaniem. Drugi kierowca widzi przepisy jako przejaw troski o jego los, jako przejaw działania kogoś, kto wie lepiej od niego, co jest dla niego dobre. Widząc jakikolwiek znak drogowy jest wdzięczny temu, kto go postawił i z ochotą dostosowuje się do niego. 
I dokładnie tak samo jest z Bożym Prawem. Z jednej strony uważamy Boga za istotę doskonałą i sprawiedliwą, wierzymy w Jego Wszechmądrość i w to, że jest Stwórcą całego świata, przewyższającym nas, Jego stworzenia pod każdym względem. Z drugiej jednak strony często kwestionujemy na różne sposoby to, co Bóg do nas mówi. Na Boże Prawo patrzymy jak na zbiór zakazów i nakazów, ograniczających naszą wolność, a nie jako przejaw Jego troski o nas, jako odbicie Jego charakteru. Jednak to samo Prawo przyjęte do serca, staje się zakonem wolności, nie dlatego, że coś się w nim zmieniło, ale dlatego, że zmienił się nasz stosunek do Prawa. Prawo akceptowane tylko przez rozum jest prawem grzechu i śmierci, ponieważ w taki sposób jest przez nas odbierane i tak je rozumiemy. Jednak dokładnie to samo Prawo przyjęte do serca przestaje być odbierane jako zbiór nakazów i zakazów, ale jako przejaw Bożej miłości i jest w całości przez nas akceptowane. Przestrzeganie Prawa staje się wtedy czymś naturalnym, do czego w najmniejszym stopniu nie musimy się zmuszać. To grzech jest czymś, do czego musimy się zmusić. Człowiek, który widzi w Prawie przejaw Boskiej doskonałości, odrzuca każdą pokusę w momencie, kiedy się ona pojawia, ponieważ wie i czuje, że prowadzi ona do grzechu, a grzech w takim człowieku wywołuje dokładnie takie same uczucia jak u Boga. Jednak ten, kto wprawdzie zna Prawo, ale jest ono dla niego tylko przepisami, do których musi się stosować, sam stara się ocenić, czy to, co chce zrobić nie jest przypadkiem niezgodne z Prawem. A ta droga prowadzi do grzechu.
Autorem Prawa jest Bóg, ten sam, który jest Sprawiedliwością i Miłością. Jego Prawo jest doskonałe i trwa na wieki. "Wierność i prawo są dziełami rąk jego, Wszystkie jego nakazy są niezawodne" (Ps 111,7). "Bóg jest doskonały w postępowaniu swoim" (2 Sam 22,31). "Droga Boża jest doskonała, Słowo Pańskie jest wypróbowane. Jest tarczą wszystkim, którzy w nim ufają" (Ps 18,31). "Zakon Pana jest doskonały" (Ps 19,8). "Wszystkie jego nakazy są niezawodne, Ustanowione na wieki wieków" (Ps 111,7-8). I jest tylko jedna siła, zdolna do umieszczenia Bożego Prawa w naszych sercach. Może tego dokonać tylko Boża miłość. A otrzymać ją można tylko poprzez uświadomienie sobie własnej grzeszności, niedoskonałości i bezradności w uczynieniu się sprawiedliwym. Jeżeli ta świadomość zaowocuje naszą pokorą w stosunku do Boga i oddaniem się w Jego ręce, to otwiera to drogę Duchowi Świętemu do naszych serc i umysłów. Aby tak się stało wystarczy zrozumieć wielkość ofiary Jezusa, to jej świadomość doprowadza grzesznika do upadku na skałę, jaką jest Chrystus, aby skruszone zostało własne ego, a tym samym odrzucone zostały duma, pycha, zarozumiałość i wszystkie te cechy, które związane są z naszą grzeszną naturą. Boże Prawo znajdzie się w naszych sercach, co w połączeniu z trwaniem w Chrystusie, jak latorośl w krzewie winnym, rozwiązuje problem grzechu w naszym życiu. Posłuszeństwo staje się wtedy prawdziwą wolnością, wolnością od grzechu.