Znam twoje czyny, że nie jesteś ani chłodny, ani gorący; obyś był chłodny lub gorący. A ponieważ jesteś letni a więc ani gorący, ani chłodny zamierzam cię zwymiotować z moich ust
Apokalipsa 3:15-16
Jezus zwracając się do zboru w Laodycei, czyli kościoła
czasów końca, czasu sądu, przedstawił trzy możliwe stany człowieka: zimny,
gorący i letni.
Za najgorszy stan uznał stan letniości i ostrzega nas,
abyśmy nie stali się letni.
Aby właściwie zrozumieć to ostrzeżenie najpierw musimy posiadać
właściwe zrozumienie tego, co to znaczy być zimnym, gorącym i letnim, oraz wiedzieć
w jaki sposób człowiek staje się zimny, gorący czy też letni.
Zimny, gorący i letni to trzy różne stany, a najważniejszą
różnicą jest temperatura. Jest to proste, gdy patrzymy na te stany z fizycznego
punktu widzenia. Wystarczy zmierzyć temperaturę aby stwierdzić, czy dane ciało
jest zimne, gorące czy letnie.
Ponieważ Jezus w Ap 3:15-16 mówi raczej o tym, co jest
związane ze stanem duchowym, a nie fizycznym, to oznacza to, że musimy znaleźć
duchowy odpowiednik fizycznej temperatury.
Z czym kojarzy się przymiotnik „zimny” w jego duchowym
znaczeniu? Oto „duchowe” synonimy tego słowa:
Bez litości, bez serca, bezlitosny, bezwzględny, nieczuły,
nieludzki, srogi, surowy, nieżyczliwy, obojętny, itd.
A to kilka synonimów słowa „gorący”:
Serdeczny, wesoły, gościnny, kochający, czuły, współczujący,
życzliwy.
I jeszcze słowo „letni”:
Chwiejny, niezdecydowany, niezaangażowany.
Myślę, że widać, że chodzi tu o charakter relacji między
ludźmi, ale Jezus używa tych słów raczej w celu przedstawienia relacji
człowieka z Bogiem, ponieważ mówi o swojej reakcji na bezpośredni kontakt z
nami. Mówi o tym, że ci, którzy są letni wywołują w Nim odruch wymiotny i nie
jest w stanie powstrzymać się od wyplucia ich (dosłownie zwymiotowania) ze
swoich ust. Zimny i gorący nie powodują w Nim powstania odruchu wymiotnego.
Jaka relacja z Bogiem jest najbardziej pożądana przez Boga?
Odpowiedź na to pytanie jest chyba prosta. Jezus zapytany o to, które
przykazanie jest najważniejsze, powiedział: „Będziesz miłował Pana Boga
swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest
największe i pierwsze przykazanie” (Mt 22:37-38). Apostoł Paweł powiedział:
„Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał,
byłbym miedzią dźwięczącą lub cymbałem brzmiącym. I choćbym miał dar
prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym
miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym
niczym. I choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał na
spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże” (1 Kor 13:1-3).
Miłość jest tym rodzajem relacji o której raczej nie mówi się, że jest zimna. O
kimś, kto kocha mówimy raczej, że jest gorący, a nie zimny.
Jeżeli te trzy kluczowe słowa, użyte przez Jezusa w Ap 3:15-16,
dotyczą naszej relacji z Bogiem, to jakie jest ich znaczenie?
Kim jest „zimny”? To ten, kto nie kocha Boga.
Kim jest gorący? To ten, który kocha Boga.
A kim jest letni? To człowiek, który kochał Boga, ale jego
miłość przestała być gorąca, ponieważ z jakiegoś powodu ostygła.
Jacy jesteśmy gdy przychodzimy na ten świat? Jaką relację z
Bogiem ma człowiek, który dopiero się urodził?
Nie ma żadnej relacji, może się ona pojawić dopiero wtedy,
gdy taki człowiek będzie coś wiedział o Bogu. Najpierw człowiek musi dowiedzieć
się o istnieniu Boga, aby powstała jakaś relacja między nim a Bogiem. Adam i
Ewa, kiedy zostali stworzeni, nie mieli żadnych relacji z Bogiem, posiadali
tylko pewną wiedzę o otaczającym ich świecie, wiedzę pochodzącą od Boga. To
dlatego Bóg cały następny dzień, czyli pierwszy Sabat, poświęcił na to, aby
objawić się pierwszym ludziom, a tym samym zaczął budować z nimi właściwą
relację.
Bóg chciał, aby Adam i Ewa pokochali Go, ale aby tak się
stało, pierwsi ludzie musieli poznać Boga. Nie zdobyć informacje o Nim, ale
poznać jaką jest istotą, jaki ma charakter, jaki jest dla swoich stworzeń, w
tym ludzi. Nie można kochać kogoś, kogo się nie zna lub zna się słabo. Miłość
związana jest także z zaufaniem, a nie można ufać komuś, kogo się nie zna, lub
zna się słabo. Jednak sam fakt poznania, fakt posiadania wiedzy o kimś nie
oznacza wcale, że automatycznie pojawia się miłość. Miłość to coś dużo więcej
niż wiedza. Miłość to uczucie, które polega na pragnieniu służenia kochanej
osobie. Jezus powiedział: „Większej miłości nie ma nad tę, jak gdy kto życie
swoje kładzie za przyjaciół swoich” (J 15:13). Miłość to gotowość do
poświęcenia samego siebie dla tego, kogo się kocha. Miłość to także chęć i
gorące pragnienie przebywania z kochaną osobą, rozmawiania z nią. Miłość to
także głębokie zainteresowanie tą osobą, to chęć poznania jej pragnień i
marzeń, a następnie chęć pomocy w ich realizacji. Ale miłość to przede
wszystkim uczucie, które sprawia, że gdy poświęcamy całe swoje życie kochanej
osobie, to nie odczuwamy tego poświęcenia jako jakiejś ofiary. Rezygnacja z
czegoś, co być może kiedyś miało dla nas jakąś wartość, nie sprawia nam żadnego
problemu, robimy to z radością, ponieważ wiemy, że robimy to dla kogoś, kogo
kochamy.
Ktoś, kto ma w sobie taka miłość, to ktoś o kim można
powiedzieć, że jest gorący.
Czy można sobie wyobrazić letnią miłość? Czy takie letnie
uczucie można w ogóle nazwać miłością? Jestem przekonany, że większość z nas
pamięta swoje uczucia i myśli związane z miłością, z poznaniem kogoś, kto stał
się kimś bardzo specjalnym i ważnym. Czy było to gorące uczucie czy tylko
letnie?
Kiedy przeniesiemy to wszystko, co świadczy o posiadaniu
miłości do drugiego człowieka na nasze relacje z Bogiem, to nie powinno być dla
nas problemem, aby przekonać się, że kochamy Boga, a tym samym, że jesteśmy
gorący.
Czy lubię spędzać czas z Bogiem studiując Jego Słowo, modląc
się lub obserwując przyrodę, aby odkryć w niej piękno Bożej miłości? Czy moja
modlitwa wygląda jak rozmowa z kimś, kogo naprawdę kocham? Czy wszystko to, co
robię jest podporządkowane mojej miłości do Boga i czy czuję niechęć do
zrobienia czegokolwiek, co mogłoby zranić i dotknąć Boga?
Bóg jest miłością i On nigdy nie daje nam powodu do tego,
abyśmy mogli stracić do Niego zaufanie. On kocha nas miłością bezwarunkową,
miłością której nie są w stanie nie tylko zniszczyć, ale nawet zmienić nasze
grzechy. Bóg pokochał nas zanim nas stworzył i już wtedy był gotowy aby zrobić
wszystko dla naszego dobra. Plan zbawienia powstał przed stworzeniem świata. „Nie
rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego
postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa,
jako baranka niewinnego i nieskalanego. Wprawdzie był On na to przeznaczony już
przed założeniem świata, ale objawiony został dopiero w czasach
ostatnich ze względu na was” (1 P 1:18-20). Problem z relacją człowieka z
Bogiem nie leży po stronie Boga, ale po stronie człowieka. To my okazujemy się
niewierni, to my jesteśmy przywiązani do niewłaściwych rzeczy, to my kochamy
grzech i ulegając pokusom odwracamy się od Boga.
„Obyś był zimny albo gorący!”. Jest coś dziwnego w
tej wypowiedzi Jezusa. Czy ktoś, kto jest niewierzący może być w lepszym stanie
od tego, kto wprawdzie nie jest „gorący”, ale jednak wierzy w Boga, tyle tylko,
że jest letni? Jednak Jezus nie mówi, że „zwymiotuje” zimnego. Mówi to o tym,
kto jest letni.
Nie ma nic gorszego dla człowieka niż ochłodzenie relacji z
Bogiem, nie ma nic gorszego jak sytuacja, gdy człowiek z gorącego staje się
letni. I tutaj podkreślić coś bardzo ważnego. Wiara w istnienie Boga i wiedza o
Nim czy też wiedza o religijnych doktrynach, nie czyni z nas gorących
chrześcijan. Gorący chrześcijanin to taki, który kocha Boga, a nie tylko mówi o
miłości do Boga. Gorący chrześcijanin to ktoś, dla kogo Bóg jest najważniejszy.
I gdy taki gorący chrześcijanin z jakiegoś powodu odwraca się od Boga, stając
się letnim, to jego sytuacja jest beznadziejna.
„Jest bowiem rzeczą niemożliwą, żeby
tych - którzy raz zostali oświeceni i zakosztowali daru niebiańskiego, i stali
się uczestnikami Ducha Świętego, i zakosztowali Słowa Bożego, że jest dobre
oraz cudownych mocy wieku przyszłego - gdy odpadli, powtórnie odnowić i
przywieść do pokuty, ponieważ oni sami ponownie krzyżują Syna Bożego i
wystawiają go na urągowisko” (Hbr 6:4-6)
Przyjrzyjmy się bliżej tej wypowiedzi apostoła Pawła. Do
kogo były skierowane te słowa?
(Hbr 5:11-12) „O tym mamy wiele do powiedzenia, lecz
trudno wam to wyłożyć, skoro staliście się ociężałymi w słuchaniu. Biorąc pod
uwagę czas, powinniście być nauczycielami, tymczasem znowu potrzebujecie kogoś,
kto by was nauczał pierwszych zasad nauki Bożej; staliście się takimi, iż wam
potrzeba mleka, a nie pokarmu stałego”
Paweł mówi tu do tych, którzy poznali „początki nauki o
Chrystusie” (Hbr 6:1), ale z jakiegoś powodu ich duchowy rozwój zatrzymał się i
stali się „ociężałymi w słuchaniu”. Gdyby ich rozwój trwał nadal, to
powinni już być nauczycielami, to znaczy ludźmi takimi jak Paweł, objawiającymi
innym ludziom prawdę o Bogu. Jednak coś się stało i ci ludzie nie stali się
nauczycielami, a ich życie nie jest objawieniem Bożej miłości. Paweł mówi o
nich, że są wciąż jak dzieci, które potrzebują mleka, ponieważ nie przyjmują
jeszcze pokarmu stałego. A ponieważ wciąż karmią się mlekiem, to nie zrozumieli
jeszcze „nauki o sprawiedliwości” (Hbr 5:13). A ponieważ jeszcze tej
nauki nie zrozumieli, to nie są w stanie jej wyjaśniać innym ludziom, nie stali
się jeszcze nauczycielami. Mogą próbować być nauczycielami, ale tak naprawdę
nimi nie są, ponieważ nie znają tej prawdy, którą powinni przekazywać
nauczyciele.
Jednak Paweł wyraża tu pewną nadzieję, nadzieję, że ci, do
których mówi, nadal są dziećmi odżywiającymi się mlekiem, ponieważ gdyby jednak
zaczęli wcześniej odżywiać się stałym pokarmem, a dzięki temu „zostali oświeceni
i zakosztowali daru niebiańskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego i
zakosztowali Słowa Bożego”, to ich sytuacja byłaby beznadziejna.
Czy widać tu pewną analogię do słów Jezusa z Ap 3:15-16?
A teraz kilka słów o tym, jak „zimny” człowiek staje się „gorącym”.
Przejście od „zimnego” do „gorącego” jest procesem
wymagającym czasu. W miarę trwania tego procesu przemiany zmienia się relacja
człowieka z Bogiem. Zmienia się tak, jak zmieniła się relacja między kobietą i
mężczyzną, zanim się pobrali. Nie chcieli od razu zostać mężem i żoną. Ale
pewnego dnia pojawia się w nich pragnienie małżeństwa, pragnienie wspólnego
życia, ponieważ zaczęli widzieć w sobie coś więcej niż w innych ludziach, coś,
co zaczęło ich przyciągać do siebie z wielką siłą. Wcześniej była to zwykła
znajomość, teraz gorąco pragną być razem. Tak samo jest z każdym, kto poznał i
pokochał Boga. Dla takiej osoby największym pragnieniem jest życie obok Boga,
razem z Bogiem.
Miłość do Boga zmienia życie tak, że człowiek staje się nową
istotą. Jego nowe życie jest zupełnie inne od starego. Inne priorytety, inne
cele i inne pragnienia. To dzięki miłości do Boga człowiek może stać się „gorącym”.
Droga prowadząca od stanu „zimny” do stanu „gorący” to droga
pokory i poddania się Bogu. To droga na której krok po kroku Bóg objawia
człowiekowi co jeszcze musi się zmienić w jego życiu. Za każdym razem, gdy Bóg
objawia człowiekowi kolejny etap swojej pracy, człowiek ma możliwość wyboru.
Może zaakceptować propozycje Boga, to znaczy zaakceptować fakt, że jest coś w
jego życiu co musi się zmienić, i zapragnąć tej zmiany; albo odrzucić tę
propozycję, ponieważ cena jaką trzeba zapłacić jest dla niego zbyt wysoka.
Takie odrzucenie powoduje zatrzymanie procesu zmian i tak długo, jak taki
człowiek nie zaakceptuje Bożej propozycji, nie może zostać zmieniony w gorącego.
Każdy kto znajduje się na tej drodze i spogląda wstecz, bez
problemu zauważy te momenty, w których toczyła się w nim wewnętrzna walka
między jego grzeszną naturą a pragnieniem nowego życia z Bogiem. Pamiętam jak
taka walka toczyła się we mnie. Pamiętam, jak po każdym objawieniu mi nowej
prawdy o mnie, prawdy mówiącej że jestem przywiązany do czegoś, co jest złe,
moja grzeszna natura na różne sposoby próbowała przekonać mnie, że to co
robiłem nie jest grzechem. I ulegałem tym podpowiedziom tak długo, dopóki nie
uświadamiałem sobie, że żyjąc w taki sposób ranię tego, który mnie stworzył,
który kochał mnie zanim się urodziłem, tego który nadal mnie kocha i jest
gotowy zrobić dla mnie wszystko, aby mnie uratować. Ta świadomość zmieniała mój
stosunek do grzechu. Miłość do Boga sprawiała, że sam, dobrowolnie, bez
uczucia, że Bóg mnie do tego zmusza, odwracałem się od tego grzechu. Po pewnym
czasie ten grzech nie był już dla mnie czymś pociągającym, ale czymś co budzi
obrzydzenie.
Ten świat próbuje zamaskować prawdę o grzechu, ale ta prawda
jest dostępna dla każdego. Niestety wielu ludzi broni się na wszelkie sposoby,
aby nie widzieć i nie myśleć o tej prawdzie. I wtedy bardzo często dochodzi do
odrzucenia prawdy.
Jest coś bardzo ważnego, co jest związane z tym odrzuceniem,
a o czym już wspomniałem wcześniej. Do pewnego momentu takie odrzucenie nie
zamyka człowiekowi możliwości kontynuowania procesu przemiany z zimnego na
gorący, ale go opóźnia. Jednak jest taki poziom rozwoju, po przekroczeniu
którego odrzucenie prawdy jest nieodwracalne, a kontynuacja rozwoju czyli
zmiany z „zimnego” na „gorący” jest niemożliwa. Nie dlatego, że Bóg odebrał
człowiekowi taka możliwość, ale ponieważ człowiek nie chce tego zrobić.
Dokładniej rzecz ujmując, człowiek chciałby dostać się tam, dokąd prowadzi ta
droga, ale na własnych warunkach. W takiej sytuacji znalazł się kiedyś Lucyfer.
Po tym, jak został on usunięty z nieba, zapragnął odzyskać straconą pozycję.
Tak to przedstawiła Ellen White:
„Szatan drżał z przerażenia, przyglądając się swemu
dziełu. Osamotniony pogrążył się w rozmyślaniu nad przeszłością,
teraźniejszością i planami na przyszłość. Nagle odczuł, jakby burza wstrząsnęła
jego potężną postacią. To przelatywał anioł z nieba. Szatan zawołał go i
poprosił o widzenie z Chrystusem. Nie odmówiono mu. Oznajmił wówczas Synowi
Bożemu, że żałuje swego buntu i pragnie odzyskać łaskę Boga. Był gotów przyjąć
miejsce, jakie mu Pan poprzednio wyznaczył, i słuchać Jego mądrych rozkazów.
Chrystus zapłakał nad niedolą szatana, lecz powiedział, że według praw Bożych nigdy
już nie zostanie przyjęty do nieba. (…) Szatan żałował swego buntu nie dlatego,
że zrozumiał, iż nadużył Bożej dobroci. Niemożliwym było, aby miłość szatana do
Boga tak wzrosła od czasu upadku, żeby mogła skłonić go do poddania się i
posłuszeństwa prawu, które znieważył. Przyczyną tego pragnienia było
uświadomienie sobie nędznego stanu wywołanego utratą niebiańskiej światłości,
poczucie winy oraz rozczarowanie, jakiego doznał, widząc, że jego plany spełzły
na niczym. Stanowisko dowódcy poza niebem różniło się znacznie od takiego
samego zaszczytnego stanowiska w niebie. Nie mógł pogodzić się z utratą swych
przywilejów. To było ponad jego siły. Pragnął więc te przywileje odzyskać.
Ta wielka zmiana pozycji szatana nie przyczyniła się do
większego umiłowania Boga czy też Jego mądrego i sprawiedliwego prawa. Gdy
przekonał się, że nie ma możliwości odzyskania łaski Boga, objawił jeszcze
większą nienawiść i większy gniew. {Historia Zbawienia}
Wróćmy ponownie do tego, co napisał apostoł Paweł:
„Jest bowiem rzeczą niemożliwą, żeby
tych - którzy raz zostali oświeceni i zakosztowali daru niebiańskiego, i stali
się uczestnikami Ducha Świętego, i zakosztowali Słowa Bożego, że jest dobre
oraz cudownych mocy wieku przyszłego - gdy odpadli, powtórnie odnowić i
przywieść do pokuty, ponieważ oni sami ponownie krzyżują Syna Bożego i
wystawiają go na urągowisko” (Hbr 6:4-6)
Prawdę zawartą w tych słowach możemy odnaleźć w Biblii.
Pismo Święte podaje nam przykłady ludzi, którzy byli bardzo blisko Boga, a mimo
to w pewnym momencie zrobili coś, co spowodowało, że na długi czas odwrócili
się od Boga, chociaż nadal uważali się za wierzących w Boga i nadal uważali, że
są wierni Bogu.
Niektórzy z nich doznawali czegoś w rodzaju duchowego
wstrząsu, otrzeźwienia, co doprowadziło ich do ukorzenia się przed Bogiem. Tak
stało się z Salomonem oraz Samsonem.
Jednak mamy też przykłady pokazujące, że po przekroczeniu
pewnej granicy, po osiągnięciu pewnej wysokiej temperatury wiary, odrzucenie
choćby najmniejszej prawdy kończy się tragicznie. Nie można w nieskończoność
bezkarnie odrzucać tego, co daje nam Bóg.
Bileam był kiedyś Bożym prorokiem, jednak umiłowanie skarbów
tego świata sprawiło, że porzucił swoją wcześniejszą wiarę. Czytamy o nim, że
kiedy Izraelici na rozkaz Pana walczyli z Midianitami, „pozabijali
wszystkich mężczyzn (…) Zabili też mieczem Bileama, syna Beora” (Lb 31:8).
Ellen White tak napisała o Bileamie: „Bileam był kiedyś dobrym człowiekiem i
prorokiem Bożym, ale stał się odstępcą i opanowała go chciwość. Mimo to
twierdził, że jest sługą Najwyższego” (PP 328.1).
Czasem Biblia nie przedstawia nam całego życia jakiegoś
człowieka, ale wskazuje na pewne istotne fakty związane z jego życiem,
pozostawiając nam wyciągnięcie wniosków. Tak jest na przykład z królem
Hiskiaszem. Co o Hiskiaszu mówi Biblia?
„Czynił on to, co było słuszne w oczach Pańskich, podobny
we wszystkim do tego, co czynił jego przodek Dawid” (2 Krn 29:2). „Na
Panu, Bogu Izraela, polegał, tak że nie było po nim
takiego jak on w gronie wszystkich królów judzkich, ani w gronie jego
poprzedników. Był przywiązany do Pana i nie odstępował od niego,
przestrzegając przykazań, jakie Pan nadał Mojżeszowi” (2 Krl 18:5). Biblia
daje piękne świadectwo o Hiskiaszu. Przedstawia nam historię przeprowadzonej
przez tego króla reformacji religijnej w Izraelu. Hiskiasz doprowadził do
oczyszczenia świątyni, przywrócił obchodzenie Paschy. Po zakończeniu pierwszej
od czasów Salomona Paschy, „ruszyli wszyscy Izraelici, którzy tam się
znajdowali, do miast judzkich i potłukli słupy, poobalali aszery i powycinali
święte gaje, i poniszczyli doszczętnie ołtarze w całej Judzie, u Beniaminitów,
Efraimitów i Manassesytów” (2 Krn 31:1).
Jednak jest coś interesującego w biblijnym opisie rządów
Hiskiasza. Otóż był on królem 29 lat, ale Biblia przedstawia tylko pierwszych
piętnaście lat, a potem opis się urywa. Kończy się on kilkoma ważnymi
wydarzeniami. Najpierw Bóg wybawił Jerozolimę, wysyłając „anioła, który
wytracił wszystkich dzielnych rycerzy i dowódców, i książąt w obozie króla
asyryjskiego, tak że ze wstydem wrócił do swojej ziemi (…) Tak to Pan wybawił
Hiskiasza i mieszkańców Jeruzalemu z ręki Sancheryba, króla asyryjskiego, i z
ręki wszystkich jego nieprzyjaciół i użyczył im pokoju ze wszystkich stron.
Wielu przynosiło wtedy do Jeruzalemu dary dla Pana, a klejnoty dla
Hiskiasza, króla judzkiego; od tego czasu wysoko był ceniony przez wszystkie
narody” (2 Krn 32:21-23).
Zaraz po tych wydarzeniach Hiskiasz zachorował i Bóg
przekazał mu ważne poselstwo: „Uporządkuj swój dom, gdyż
umrzesz, a nie będziesz żył. Wtedy Hiskiasz obrócił się swoją twarzą do ściany
i modlił się do Pana tymi słowy: Ach, Panie! Wspomnij, proszę, że postępowałem
wobec ciebie wiernie i szczerze i czyniłem to, co dobre w twoich oczach.
Następnie Hiskiasz wybuchnął wielkim płaczem. A zanim jeszcze Izajasz wyszedł
ze środkowego podwórca, doszło go słowo Pana następującej treści: Wróć się i
powiedz Hiskiaszowi, księciu mojego ludu, tak: Tak mówi Pan, Bóg Dawida,
twojego praojca: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Otóż, uleczę
cię, trzeciego dnia wstąpisz do świątyni Pana. Dodam też do twojego życia piętnaście
lat” (2 Krl 20:1-6). Co zrobił wtedy Hiskiasz? Hiskiasz nie
odwdzięczył się Bogu „za wyświadczone dobrodziejstwo, gdyż jego serce wzbiło
się w pychę, toteż gniew Boży spadł na niego, na Judę i na Jerozolimę. Wtedy
Hiskiasz ukorzył się za pychę swojego serca, on sam oraz mieszkańcy Jeruzalem,
tak iż za dni Hiskiasza nie spadł na nich gniew Pana” (2 Krn 32:25-26).
Zostawmy na chwilę historię Hiskiasza i zadajmy sobie kilka
pytań. Jak to możliwe, że tak wspaniały król musiał uporządkować swój dom?
Czyżby było w jego własnym domu coś, co wymagało zmiany? Jak to możliwe, że
król, który tak bardzo polegał na Panu, „tak że nie było po nim takiego jak
on w gronie wszystkich królów judzkich, ani w gronie jego poprzedników” (2
Krl 18:5), doprowadził do tego, że „jego serce wzbiło się w pychę”. I
chociaż „wtedy Hiskiasz ukorzył się za pychę swojego serca”, to kilka dni
później zrobił coś, co pokazało, że było to bardzo krótkotrwałe ukorzenie się. Po
tym, jak Bóg uzdrowił Hiskiasza i dodał mu 15 lat życia, przybyli do niego „rzecznicy
książąt babilońskich, którzy przysłali ich do niego, aby się dowiedzieć o
cudownym zdarzeniu, jakie wydarzyło się w kraju, Bóg zdał go na jego własne
siły, wystawiając go na próbę, aby poznać wszystkie jego zamysły” (2 Krn
32:31). Co zostało ujawnione? Tak to opisała Ellen White: “Wizyta posłów z
dalekiego kraju miała być dla Hiskiasza okazją do wywyższenia żywego Boga.
Jakżeż proste byłoby wówczas opowiedzieć posłom o Panu, sprawcy istnienia
wszystkich stworzonych rzeczy, przychylność którego ocaliła mu życie wtedy, gdy
wydawało się, że wszelka nadzieja zawiodła! Jakaż doniosła przemiana mogłaby
nastąpić, gdyby ci poszukiwacze prawdy z równin Chaldei zostali przekonani, by
uznać najwyższą władzę żywego Boga!
Jednak pycha i próżność opanowały serce Hiskiasza, który,
kierując się chęcią wywyższenia siebie, chciwym oczom posłów ukazał bogactwa,
jakimi Pan obdarzył swój lud. Król „pokazał im swój skarbiec, srebro i złoto, i
wonności, i przednie olejki, i cały swój arsenał, i wszystko, co się znajdowało
w jego skarbcach. Nie było rzeczy w jego pałacu i w całym jego państwie, której
by im nie pokazał”. Izajasza 39,2. Uczynił to nie dla chwały Bożej, ale dla
wywyższenia siebie samego w oczach zagranicznych dostojników. Nie pomyślał, że
ludzie ci są przedstawicielami wielkiego narodu, który nie ma w sercu bojaźni i
miłości Pana, a zatem niemądre było udzielanie im wiedzy na temat doczesnych
dóbr będących w posiadaniu ludu Bożego.
Wizyta posłów u Hiskiasza była dla niego próbą
wdzięczności i pobożności. Biblia informuje: „Jednakże gdy byli u niego
rzecznicy książąt babilońskich, którzy przysłali ich do niego, aby się
dowiedzieć o cudownym zdarzeniu, jakie wydarzyło się w kraju, Bóg zdał go na
jego własne siły, wystawiając go na próbę, aby poznać wszystkie jego zamysły”.
2 Kronik 32,31. Gdyby Hiskiasz skorzystał z okazji opowiedzenia o mocy, dobroci
i miłosierdziu Boga Izraela, sprawozdanie posłów byłoby jak promień światła
przebijający ciemność. Jednak on wywyższył siebie ponad Pana zastępów. „Nie
odwdzięczył mu się za wyświadczone dobrodziejstwo, gdyż jego serce wzbiło się w
pychę” {PK 224.2-4}.
To nie jest koniec tej historii. Wprawdzie Biblia nie mówi
nic o tym, co działo się z Hiskiaszem w ciągu tych darowanych mu przez Boga
dodatkowych lat życia, to jednak można się z Biblii dowiedzieć, że trzy lata po
tych wydarzeniach urodził się Hiskiaszowi syn, przyszły król Judy. Miał na imię
Manasses. Czy ktoś pamięta jakim był królem? „Manasses miał dwanaście lat,
gdy objął władzę królewską, a pięćdziesiąt pięć lat panował w Jeruzalemie.
Czynił zaś to, co złe w oczach Pana, według ohydnych zwyczajów narodów, które
Pan wytępił przed synami izraelskimi. Z powrotem pobudował świątynki na
wyżynach, które zburzył Hiskiasz, jego ojciec, wznosił też ołtarze dla Baalów i
sporządził aszery, oddawał pokłon całemu zastępowi niebieskiemu i służył mu.
Zbudował także ołtarze w świątyni Pana, o której Pan powiedział: W Jeruzalemie
będzie przebywać imię moje na wieki. Nabudował też ołtarzy dla całego zastępu
niebieskiego w obydwu dziedzińcach świątyni Pana. On nawet swoich synów oddał
na spalenie w Dolinie Syna Chinnomowego, oddawał się wróżbiarstwu, czarom i
gusłom, ustanowił wywoływaczy duchów i wróżbitów, wiele złego czynił w oczach
Pana, drażniąc go” (2 Krn 33:1-6).
A teraz kolejne pytanie. Kto wychował Manassesa, kto był
jego ojcem? Hiskiasz.
Czy było coś w domu Hiskiasza, co wymagało uporządkowania?
Czy Hiskiasz wykorzystał dane mu dodatkowe lata życia na
uporządkowanie swojego domu? Zgodnie z biblijną zasadą oceńmy go po owocach.
Co Bóg chce nam powiedzieć przedstawiając nam historię króla
Hiskiasza?
Może chce nas ostrzec, że można być bardzo blisko Boga, ale nawet
wtedy, a może szczególnie wtedy, człowiek nie powinien polegać na samym sobie,
ale całkowicie i we wszystkim polegać na Bogu. Pewność siebie może bardzo
szybko doprowadzić do upadku. Skutkiem pewności siebie jest coraz większe
zaufanie do samego siebie i jednocześnie utrata zaufania do Boga.
Tak stało się z Lucyferem, tak stało się też z faraonem,
który nie chciał uwolnić Izraela. Czy tak właśnie się stało z królem
Hiskiaszem?
W jaki sposób możemy uniknąć tego straszliwego błędu i wciąż
ufać i polegać tylko na Bogu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz